Blogi kulinarne. Mój kij w mrowisko...

czyli, opublikuj se kaszankę...



Zanim zacząłem przygodę z pisaniem w sieci odkryłem, że najpopularniejszym blogami są te o gotowaniu, pieczeniu, przypalaniu, panierowaniu, duszeniu itp.
Wiedziony ciekawością, obleciałem kilkanaście z nich żeby poznać ten fenomen. Odniosłem wrażenie, że popularność wynika z łatwości ich prowadzenia.


Sam trochę pichcę, i w tej dziedzinie udało mi się osiągnąć wyższy level. Umiem przygotować coś więcej, niż prozaiczne jajko na twardo czy chleb ze smalcem. Zastanawia mnie, ile można pisać o żarciu, jeśli samemu zna się i stosuje co najwyżej kilkanaście przepisów. Cudów nie ma i wygląda na to, że znakomita większość tych blogów pisana jest na zasadzie Copy-Paste lub Copy-Translate-Paste.  


W związku z tym, w głowie mej rodzi się pytanie - Czy blog kulinarny to jeszcze blog, czy książka kucharska na smatrfona? I czy ich popularność wynika z faktu, że czytanie tego wymaga wysiłku intelektualnego porównywalnego z czynnością wygrzebywania kozy z nosa?  Wiem że uogólniam i niektórych krzywdzę, ale znakomita większość blogów kulinarnych jakie zdążyłem obskoczyć, wyglądała właśnie tak.
Kiedy pierwszy raz usłyszałem o blogach, miały być one czymś w rodzaju osobistych przemyśleń, upamiętnianiem chwil z tendencją do odkrywania intymnych myśli, oraz dzieleniem się tym z całym światem.

Coś w rodzaju – „Hej! Przedwczoraj spędziłam czadowy wieczór. Wpadł do mnie Paweł (wiecie który, bo pisałam o nim wczoraj) i przyniósł szampana. 
Boże… Jak mnie potem głowa napier***. Prawie nie mogłam zasnąć. Z tego wszystkiego, rano  podjechałam na badania do doktora Mączki. Niechętnie, bo ten zbok uwielbia mnie obmacywać, ale nie miałam wyjścia. Na szczęście powiedział, że wyniki mam dobre, a stolec – palce lizać, i dziś czuję się dużo lepiej. 


Teraz spadam kupić jakieś epickie szpilki na Sylwka i żarełko dla Funi. Pozdrawiam i do następnego razu! PS. Buziaki od Funi!
I to rozumiem. Durne, ale ma rys osobisty i treść. Ale co osobistego może być w stwierdzeniu „weź 30 deka mąki krupczatki i dwa jaja”?

Samo prowadzenie bloga kulinarnego zdaje się być czynnością równie prostą jak oddawanie stolca.
Pierwszą część zajmuje rozpierdzielony na maksa opis składników z dodatkiem fotek. Drugą jest opis jak to wszystko ze sobą zmieszać, a całość wieńczy nieśmiertelne „smacznego”.  Przy zastosowaniu metody Copy (z cudzego bloga) – Paste (do mojego) wpisywanie powinno zająć mniej więcej kwadrans.


Dlatego dziś po raz pierwszy postanowiłem pokazać, jak blogować kulinarnie. Na na pierwszy ogień biorę prozaiczną jajecznicę, której tanim sumptem dodam wykwintności i światowego sznytu.
Jajecznica jaka jest każdy widzi, i tylko wyjątkowy tłuk i nieuk nie potrafi jej usmażyć.
W wersji podstawowej wygląda tak:


Żółta breja nikogo nie zachwyci, ale po zastosowaniu paru trików będziemy bogami kuchni.
Wielu słyszało o Toskanii i wielu kojarzy ją z winem i ziołami. I słusznie. Dlatego wsypujemy do jajecznicy parę ziół, dolewamy trochę wina, oliwy i mamy co? Jajecznicę po toskańsku.  Wrzucamy krótki wpis, dodajemy mapę, i koniecznie słodką focię ze słonecznej Toskanii. 


Teraz trzeba dodać jajkom osobistego rysu, dlatego wrzucamy rzewną historyjkę związaną z tym regionem i naszą  jajecznicą. Na przykład -  „Jajka, Paolo i ja”. I sru! Ziomalki będą skakać z zazdrości pod sufit.


 Aha. Pomiędzy wyrazem „Jajka” i „Paolo” koniecznie trzeba dać przecinek…

W Toskanii prawdopodobnie nikt o takiej jajecznicy nie słyszał, ale nasi wierni czytelnicy nie chcąc wyjść na głąbów, nie ośmielą się podważać naszych kompetencji. Warto dodać uwagę o umiarkowaniu w dodawaniu oliwy, żeby testujący nasz przepis nie posrali się. Potem będą głupie komentarze na blogu a przecież takich nie chcemy…

Teraz mamy już z górki. W zależności od tego, co mamy w lodówce, zamiast powielać przepisy z netu możemy tworzyć nowe rzeczywistości.


Przykładowo – dodając do jajek zeschnięte chorizo które straszy od Wielkanocy 2012 i szczyptę papryczki wykręcającej mordę, tworzymy jajecznicę po andaluzyjsku. Jeśli zamiast chorizo gdzieś w kącie lodówki znajdziemy smutną, zapomnianą krewetkę, będziemy mieli jajecznicę po galicyjsku.


Możliwości jest sporo.
Tym razem wrzucamy focię z Hiszpanii, i doprawiamy opowieścią o niezapomnianych wakacjach w Katalonii albo Andaluzji.
O romantycznych wieczorach przy lampce wina sączonego przy akompaniamencie świerszczy, o wibrującym od aromatów wietrze czeszącym andaluzyjskie/katalońskie łąki, szumie morza i innych pierdach...


Warto też wspomnieć Miguela o ciele i spojrzeniu latynoskiego efeba, który miał ogromną gitarę i najdorodniejsze jaja w okolicy. Kurze oczywiście. Jeśli blogującym jest mężczyzna, Miguela zamieniamy na Laurę. 



 Blog wprawdzie zyska nowych czytelników, ale zmieni troszkę swój charakter. Mogą pojawić się bardzo intymne komentarze, a nawet propozycje.
Tuningowanie potraw można ciągnąć miesiącami, bo malowniczych krain w Europie jest sporo. Wystarczy kojarzyć jajka z odpowiednimi składnikami charakterystycznymi dla danej kuchni i łączyć je w zgrabną potrawę.



Teraz lecimy automatem, stosując metodę skojarzeń:
 – Francja - ślimaki, Niemcy – kiełbasa/piwo, Norwegia – łosoś, Szwajcaria – Rollex’y i tak dalej.
Kuchnia rządzi się swoimi prawami i nikt nam nie będzie pierdział nad uchem, co z czym łączyć i jak to nazywać. Kiedy jakiś mądrala zacznie się czepiać, zawsze można mu odpisać, że tworzymy kuchnię „modern”, że zwyczajnie nie nadąża, i że nie się wali na ryj…
Ktoś kiedyś powiedział, że gotowanie to sztuka. A ja dodam, że pisanie o gotowaniu też. Ale na szczęście nie wymaga ono specjalnego wysiłku intelektualnego.
A teraz możecie się oburzyć, poobrażać i pokazać mi język...



4 komentarze:

  1. Połączenie jajecznicy z Rolexem trafia do mnie zdecydowanie najbardziej !

    P.S. Szkoda, że nie publikujesz już żadnych recenzji na "FaniPerfum". Czytało się wybornie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Jak to mówią - się nie rozerwę :)
    Pozdrawiam
    Mariusz

    OdpowiedzUsuń
  3. trafiłam na ten wpis przypadkiem i powiem Ci szczerze, że opisałeś powyżej część blogerów kulinarnych - tych, co psują naszą reputację i powodują, że powstają takie teksty, jak Twój.

    bloguję od 2010 roku i z ręką na sercu mogę przyznać, że nie skopiowałam ani jednego przepisu. Nie dość, że sama większość z nich tworzę, gotuję, następnie fotografuję, obrabiam zdjęcia i piszę posty. Zwięzłe, krótkie, ale przynajmniej pełnowartościowe - moje.

    Czy poczułam się urażona Twoim tekstem? Nie, wręcz przeciwnie. Widać, jak mało znasz się na tej gałęzi blogowania. Może ktoś w końcu Cię uświadomi, ile jest pracy przy prowadzeniu takiego bloga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cóż... Prowadząc mój "czołg" przypadkiem stratowałem także tych, którzy na to nie zasługują. Tak to już bywa z czołgami.
      Blogi kulinarne znam tylko z pozycji czytającego je faceta, dla którego są niczym więcej, jak zbiorem przepisów, jakie znaleźć można na odwrocie opakowania kremu do karpatki lub sernika na zimno, i nie jest to dla mnie żadna literatura, tylko instrukcja obsługi ubrana w atrakcyjne ozdobniki.
      I bardzo cieszę się, że nie poczułaś się urażona. Nie celowałem w konkretne osoby tylko w zjawisko blogów kulinarnych, dla mnie nadal niewytłumaczalne...
      Pozdrawiam

      Usuń

Letnie zapachy dla panów, czyli jak przetrwać upały i nie śmierdzieć…

Tak się ostatnio szczęśliwie składa, że w wyniku zmian klimatycznych letnie temperatury w Polsce przypominają afrykańskie. Z prognoz ...

Najchętniej czytane