Mięsne powstanie 44’

Czyli, jak robić filmy dla gimbusów…



Długo czekałem na ten film. Media podgrzewały atmosferę obiecując, że będzie to superprodukcja na miarę Hollywood. I w zasadzie prawie była…
Do filmów historycznych mam szczególny pociąg. Faktem jest, że nam Polakom niezbyt ten temat wychodził. Głównie z powodów technicznych lub/oraz z powodu skąpego budżetu.
Sceny batalistyczne w narodowych epopejach w rodzaju „Ogniem i mieczem”, gdzie aktorzy potykają się o manekiny z pedetu wzbudzają na mym licu rumieniec zażenowania, ale gdzieś głęboko tli się we mnie płomyk zrozumienia, bo przecież Polska to biedny kraj…
Aż tu nagle pojawił się naładowany młodzieńczym entuzjazmem Jan Komasa, który postanowił to zmienić. Pogadał z kim trzeba, przekonał kogo trzeba i nakręcił „Miasto 44”.
Jeszcze przed prapremierą, twórcy filmu zadeklarowali:


„Film ma przekazywać emocje, a nie ważyć racje, czy odsłaniać kulisy decyzji sprzed 70 lat. „Miasto 44” nie będzie pomnikiem. Nie chcemy składać hołdu. Opowiemy historie młodych ludzi z krwi i kości. Niektórzy z nich zachowali się pięknie, inni załamali się i stchórzyli. Jedni marzyli o poświęceniu, inni o kochaniu się z dziewczyną. Nie szukamy spiżowych bohaterów. „Miasto 44” nie będzie filmem o polityce. Będzie filmem o miłości, młodości i walce.”

I słowa dotrzymali.
Jest tu przede wszystkim młodość, (nieco chaotyczna i neurotyczna) miłość oraz walka, a całość podana na plastykowej tacce z MacDonalda.


Nie oceniam tego filmu jako gniota. Z wyjątkiem pierwszych trzydziestu minut które spokojnie można przeznaczyć na stanie w kinowej bufecie za prażonymi orzeszkami, film ogląda się całkiem dobrze, a wyjście w trakcie filmu do toalety nie spowoduje, że coś nam umknie, bo przecież to film „ o miłości, młodości i walce” i „bez spiżowych bohaterów”.


Komasa chcąc przyciągnąć do kina młodzież, zrobił wszystko żeby temat powstania był równie atrakcyjny, jak nowe części „Gwiezdnych Wojen”. Widać, że sam lubuje się w amerykańskich superprodukcjach, bo „Miasto 44” nafaszerowane jest „bajeranckimi” i „modnymi” ujęciami, jakich do tej pory nie spotykałem w polskim filmie. Przyznam, że ogląda się to całkiem przyjemnie...
Szkoda, że w szale wprowadzania technicznych bajerów czasem zapominał o tym, że jest to film o powstaniu warszawskim, a nie o walkach narkotykowych gangów. Do dziś nie wiem, dlaczego esesmani z oddziału Dirlewangera noszą w fimie szmaciane maski jak z taniego horroru o rodzinie amerykańskich kanibali. Mieli być bardziej straszni? To trzeba było jeszcze przyczepić im błoniaste skrzydła na szelkach albo szpony…


Inną dla mnie ciekawostką był pojawiający się uzbrojony gość w fantazyjnej bandanie zamiast hełmu. Przez moment pomyślałem, że nikaraguańscy powstańcy przyszli warszawiakom z odsieczą.
Wiem, czepiam się.
Przecież nie chodziło o prawdę historyczną, tylko o miłość, młodość i walkę.
Przyznam, że wątku miłosnego w tym filmie nie ogarnąłem. Jest jakieś wiecznie zapłakane i bezradny pacholę o imieniu Stefan, który otrzymuje kulę w pierś, a potem (na szczęście niegroźnie) wylatuje w powietrze. Są też dwie dziewczyny. Blondyna zwana Biedronką i tajemnicza, czarna Kama. 


Przez większą część filmu blondyna biega po ruinach w poszukiwaniu zapłakanego Stefana. W trakcie poszukiwań przeżywa różne przygody. W trakcie jednej z nich, zostaje obficie obrzucona mięsem warszawiaków rozerwanych eksplozją pojazdu-pułapki.
Piszę chaotycznie, ale sam film wydał mi się niesamowicie chaotyczny. Dlatego w miarę krótko napiszę, co mi się w nim podobało a co nie.

Podobały mi się:

Zdjęcia i scenografia
 Mimo, że większość kadrów dorabiana była komputerowo, to jednak zrobiono to solidnie i wiarygodnie. Obraz żyleta, a kolorystyka, miodzio. Na tle „Miasta 44”, poprzednie polskie filmy wyglądają, jakby nakręcono je na starym filmie ORWO znalezionym na strychu.

Sceny surrealistyczne
O dziwo, bardzo mi się podobały. Scena na cmentarzu z muzyką Niemena – majstersztyk. To samo dotyczy sceny pocałunku blondyny i Stefana w otoczeniu „tańczących” pocisków. Obie sceny smakowite nad wyraz i tu ukłon w stronę reżysera.


Tajemnicą jednak dla mnie pozostanie, po jaką cholerę wrzucono to do „wnętrza” filmu.
Po pierwszym „klipie” ze zdziwienia aż przetarłem oczy. Poczułem, że po tym co widziałem, mogę spodziewać się wszystkiego. Włącznie ze skąpo ubranymi tancerkami z Moulin Rouge na barykadzie, albo z człowiekiem w meloniku z gronostajem przez głowę…
Być może sceny te miały być czymś w rodzaju „snu na jawie”, ale uważam że najlepszym dla nich miejscem byłby reklamujący film trailer.

Sceny batalistyczne
Tu odpowiedzialni ludzie przyłożyli się do roboty. Od razu widać, że naoglądali się „Szeregowca Ryana” czy „Kompanię braci”. Owszem, często przesadzano z brutalnością scen, ale krew i ludzkie flaki na parapetach przyciągają publiczność nie gorzej, niż pupa Cameron Diaz. A skoro film ma przynieść zyski producentom, trzeba "pieścić" publiczność.

Zakończenie filmu
Konkretnie chodzi o fajnie zmontowany widok Warszawy „przed” i „po”.

…i to chyba wszystko. A teraz to, co mi się NIE podobało:

Dźwięk
To największa bolączka polskich filmów. Jak to jest, że wyraźnie usłyszę odgłos rozpinanego rozporka statysty, a rozmowę pierwszoplanowych aktorów zmuszony jestem odczytywać z ruchu ich warg?
Co jest do cholery? Problem z dykcją aktorów, czy mikrofonów kupowanych w „Biedronce”?
Myślałem, że w filmie, który wizualnie nie odstaje od światowych produkcji dźwięk podąży za wizją, ale niestety nie podążył.



Jeśli tak trudno znaleźć aktora z nienaganną dykcją, lub problem tkwi w technice, to proponuję, żeby w kinach przy wejściu na salę rozdawano scenariusze, albo niech puszczają polskie filmy z polskimi napisami.
 Jakiś absurd…

Aktorzy
Komasa postawił na świeżość i w tym celu obsadził film twarzami głównie nieznanymi z castingowego naboru. Pomysł mi się spodobał, bo oszczędziło mi to oglądania kolejnego wcielenia Borysa Szyca, albo Kota.
Niestety, zabieg Komasy spowodował, że od samego początku czuć amatorszczyznę. Szczególnie jeśli chodzi o głównego bohatera,


Ten ma twarzy głównie smutek, brud, łzy, i  zawsze ten sam wyraz twarzy zdziwionego lub zapłakanego Stefana. Przez większość filmu Stefan głównie się brudzi, ociera o ściany kamienic, a jego rana w piersi systematycznie się powiększa. 


Dłuższe patrzenie na jego zasmucone lica powoduje, że aż chce się go wywieźć do lasu i zastrzelić, żeby skrócić cierpienia i jego i publiczności…

Efekciarstwo
Sprawa problematyczna, bo gdybym sam miał to nakręcić, też pewnie byłbym zmuszony od czasu do czasu „cyknąć” cycka albo oderwane głowy z fragmentami tętnic. W tym filmie aż roi się od efektownych/efekciarskich scen. 


Doszło do tego, że zamiast skupić się na fabule (co łatwe nie jest, bo chaos tu większy niż w mojej szufladzie z bielizną), skupiam się na wybranej postaci która dłużej stoi przy oknie/ścianie/drzwiach, bo czuję, że za chwilę w efektowny sposób coś oberwie, odstrzeli mu głowę, rękę lub tułowie. I co ciekawe, miałem ponad pięćdziesięcioprocentową ilość „trafień”.
Rozwalił mnie też jeden z bohaterów, który straciwszy pół ręki, z rozbrajającym uśmiechem żywo gestykulował z pomocą kikuta. Aż ciśnie się na usta – robocop?

Kończąc, warto dać ocenę za całość. W moim przypadku będzie to 6/10.
Gdybym miał dwadzieścia lat mniej oceny byłaby wyższa, bo stare pierdziele jak ja, nieprzygotowane są na film o powstaniu warszawskim w typie klipów MTV.
Niewątpliwie „Miasto 44” to gratka dla młodych widzów, których nie zdziwi nawet występ „Behemotha” na czerniakowskiej barykadzie w środku bitwy, za to „Kanał” Wajdy, albo „Zakazane piosenki” pachną im pleśnią i trudno mieć o to pretensje...


Tak, czy siak, „Miasto 44” obejrzeć trzeba, choćby po to, żeby się przekonać, że pod względem technicznym (wyłączając z tego dźwięk) dogoniliśmy resztę świata. Jeśli pojawią się ciekawe scenariusze, niewykluczone, że polski film odżyje…









2 komentarze:

  1. a propos Dirlewangerowców: http://odkrywca.pl/forum_pics/picsforum25/ssdirlewanger_maski.jpg

    a propos aktorów - dla mnie Józef Pawłowski mistrzostwo - miał do zagrania bardzo dużo na zasadzie traumy, podobnie jak "Pianista" Adrien Brody choć tamten może nie widział na własne oczy śmierci matki i brata

    a propos efekciarstwa - dla jednych efekciarstwo, dla innych normalność. dla mnie normalność - takie ujęcia oglądam w każdej kolejnej produkcji i to język, który kupuję, a którego w Polsce nikt nie stosuje, a szkoda

    OdpowiedzUsuń
  2. O maskach czytałem i obstaję przy swoim. Tych masek w Warszawie nikt nie widział, a w necie krąży to jedno zdjęcie na podstawie którego buduje się jakiś mit. A może facet miał silny trądzik i nie chciał, żeby koledzy wymiotowali na jego widok? :)
    Co do aktorów i efekciarstwa to kwestia indywidualna. Jeden lubi eskalopki cielęce w sosie berneńskim, a drugi budyń z kubka :)

    OdpowiedzUsuń

Lady killers, czyli jak uwieść kobietę za pomocą roztworu alkoholu...

W dzisiejszym wpisie to co tygrysy lubią najbardziej, czyli o rwaniu lasek na zapachy. Podobno węch jest najbardziej atawistycznym zmys...

Najchętniej czytane