Czas wywiesić białą flagę...


Czyli, o tym, jak ręce w końcu mi opadły…



A miało być tak pięknie. Co parę dni czytałem o wzroście/cudzie gospodarczym, o tym, że choć powoli acz systematycznie doganiamy zachodnie gospodarki…
W swoim małym, londyńskim pokoju zasypiałem, próbując zapomnieć o otaczających mnie krzykliwych muzułmanach, „pachnących” massalą Hindusach, i za pomocą wyobraźni przenosząc moją duszę utęsknioną:
do tych pagórków leśnych,


do tych łąk zielonych, do tych pól malowanych zbożem rozmaitem, 


wyzłacanych pszenicą, posrebrzanych żytem, gdzie bursztynowy świerzop, 


…gryka jak śnieg biała, gdzie panieńskim rumieńcem dzięcielina pała…



A znajomi z Londynu ostrzegali, że owe wskaźniki to pic na wodę, a zderzenie z polską biurokracją po tak długim pobycie w UK może być bolesne, że do pracy na kasie w tesco trzeba mieć doktorat, że służby porządkowe nie są powołane do utrzymywania porządku, tylko walenia mandatów, i takie tam.
A ja, jak głupi, niesforny łosoś postanowiłem iść pod prąd, ku „polskiej przygodzie”.
No i teraz dupa…


W sumie sam jestem sobie winien, bo nie słuchałem, kiedy mówiono, że w Polsce po czterdziestce można znaleźć pracę jedynie jako ochroniarz rowerów na osiedlowym parkingu. Inaczej mówiąc, dobiegając czterdziestki, z punktu widzenia pracodawcy jesteś już trupem. Jako że przekroczyłem pięćdziesiątkę, jestem czymś bardziej martwym od trupa.


Choć na początku nie było tak źle. Jako że wykonuję dość specyficzny zawód, konkurencję miałem niewielką. Czasem żadną.
Zgubił mnie  wiek, brak garnituru i zbyt zdrowe podejście do życia. Kiedy pewnego dnia pojawiłem się w pewnej korporacji na rozmowie kwalifikacyjnej, najpierw odebrano mi telefon, potem plecak, a jeszcze potem portier poprosił mnie o dmuchanie w probierz trzeźwości, co wprowadziło mnie w stan najwyższego rozbawienia. Najprawdopodobniej rozbawienie nie chciało zejść z mojej twarzy aż do zakończenia rozmowy z korporacyjnymi urzędasami, bo mimo sporego doświadczenia zawodowego które korpo-ludkom zademonstrowałem, więcej się nie odezwali.
Potem wykazałem się zdrowym nieprofesjonalizmem, kiedy po tygodniu do nich zadzwoniłem, żeby dowiedzieć się co im we mnie nie pasowało, by mieć jakąś naukę na przyszłość.
Facet wił się jak piskorz, ale przyciśnięty butem w końcu (oczywiście prywatnie) wydukał, że moje kompetencje zawodowe są w porządku, tylko zbytnio odstawałbym wiekiem od „młodego, entuzjastycznego zespołu”. 


Cóż… Tego bez udziału chirurga plastycznego i fałszerza dokumentów raczej nie przeskoczę…
Wtedy pomyślałem – polskie społeczeństwo się starzeje, niedługo więcej będzie czterdziestolatków, niż nastolatków, rząd chyba ma coś do zaproponowania w tym temacie, skoro w dodatku wydłużył wiek emerytalny.
No i ma, bo szybko odszukałem rządową stronę poświęconą temu zjawisku:
http://50plus.gov.pl/#strefa50plus
Przeleciałem całość w krótkim czasie i znalazłem parę ciekawych rzeczy. Na przykład bardzo optymistycznie brzmiący i dumnie sterczący nagłówek „Wyrównywanie szans na rynku pracy dla osób 50+”.
Na powyższej stronie znalazłem głównie romantyczne historie szczęśliwie zatrudnionych pięćdziesięciolatków, oraz równie wzruszające i pouczające historie pracodawców, dla których zatrudnienie starszych pracowników było wspaniałym, i pouczającym doświadczeniem…
Po ogarnięciu tych słodkości, zabrałem się za szukanie konkretów. Znalazłem przeróżne bezpłatne kursy, dzięki którym można zabić nadmiar wolnego czasu, a przy okazji nabyć nową umiejętność. Na przykład dowiedzieć się, czym jest komputer, odróżniać mysz od klawiatury, a monitor od telewizora.


Z taką wiedzą, chyba każdy pięćdziesięciolatek będzie przebierał w ofertach pracy jak w ulęgałkach.
Z bardziej konkretnych działań rządu muszę wymienić prace interwencyjne i roboty publiczne.
Nie jestem za bardzo w temacie, ale wydaje mi się, że są to prace, na które skazuje się także przestępców lżejszego kalibru.




W każdym razie, kopanie rowów z wytatuowanymi kolesiami i cmokanie na przechodzące nieopodal niunie, nie brzmi dla mnie zbyt zachęcająco, ani nie zaspakaja życiowych ambicji. 

"Na odcinku" opieki socjalnej, Polska wciąż jest bardziej Afryką niż Europą. Wspominałem już, że doraźnie leczę się u weterynarza, jednak myśląc perspektywicznie, poważniejszych schorzeń u niego raczej nie wyleczę.
A stanie w kolejce pomiędzy koniem, papużką falistą i cocker spanielem, też zaczęło mi uwłaczać.


Żeby zdobyć normalne ubezpieczenie, musiałbym przekopać pół Polski w poszukiwaniu przeróżnych świstków i pieczątek, a i tak okaże się, że brakuje mi ich jeszcze kilkadziesiąt.
Jako bezrobotny, któremu przysługuje powyższe ubezpieczenie potrzebowałbym dodatkowych kilkaset kwitów, więc odpuszczam, bo z daleka czuć, że wyciąganie ręki po pieniądze od państwa, to jak pożyczanie ich od Cygana.
Prawie niemożliwe…
Pracy w każdym razie dotąd nie znalazłem, ubezpieczony nie jestem, perspektywy nie wyglądają zachęcająco, a w dodatku Polacy zapragnęli, żeby prezydentem został Człowiek-Budyń, który swoje ewentualne rządzenie zacznie od wprowadzania fragmentów Pisma Świętego do Konstytucji.
Czyli… Nic tu po mnie. 


Trzeba pogodzić się z porażką, spakować, i przeprosić ze Zjednoczonym Królestwem.
Jak to mówią – mądry Polak po szkodzie. Widocznie jestem starym, mało zaradnym nieudacznikiem i Polska mnie przerasta.
Choć lekko w ojczyźnie nie jest, jest coś, co trudno znaleźć gdzie indziej. Najbliżsi, Daewoo Tico z instalacją gazową, mohery, polskie żarcie, itp.


Przez jakiś czas będę miał mało czasu na pisanie bloga. Kiedy się jakoś urządzę, z pewnością coś skrobnę, i postaram powstrzymać od narzekania.
Szkoda, że od paru lat, moja Ojczyzna coraz częściej kojarzy mi się z tym co poniżej… 



Mimo to, obiecuję. Ja tu jeszcze kur... wrócę... :)





2 komentarze:

  1. no kurwa, święte słowa:)
    Też się borykałam z bezrobociem długi czas, choc miałam lat 25/26 i też nie było dla mnie pracy, bo nie znam pierdziesiliąt języków i nie chce pracować za 7 zł/h i 16h/dobę. A w końcu jak znalazłam przyzwoitą pracę to przecież zropbiłam w chuja szefa, bo po dwóch latach się pochorowałam na raka - taka bezczelna suka ze mnie. A Państwo mnie nienawidzi, bo prócz setek tysięcy złotych na leczenie muszą mi dawać na życie!! I też się wszędzie musisz tłumaczyć czemu chorujesz i po co - jeszcze Ci ludzie zazdroszczą tego :D Także tego, trochę wiem co czujesz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo to niedobre państwo jest.
      A chorujący na raka niech sobie jadą leczyć się gdzie indziej.
      Polska to nie kraj dla schorowanych darmozjadów :)
      Pozdrawiam i życzę powrotu do zdrowia...

      Usuń

Letnie zapachy dla panów, czyli jak przetrwać upały i nie śmierdzieć…

Tak się ostatnio szczęśliwie składa, że w wyniku zmian klimatycznych letnie temperatury w Polsce przypominają afrykańskie. Z prognoz ...

Najchętniej czytane