Multisensoryczna przygoda z larwą i pawiem w tle...

Czyli o kuchennych dewiacjach i tęsknocie za plackiem ziemniaczanym...



Pisałem swego czasu o nowatorskich trendach i pogoni za niezwykłością w polskiej kuchni, nie kryjąc przy tym obrzydzenia do idei przygotowywania potraw za pomocą ciekłego azotu i stosowania składników, na które od samego patrzenia zbiera mi się na wymioty.
http://roqfort666.blogspot.co.uk/2014/12/policzki-molekuy-mikrochirurgia-i.html
W tym czasie, czołowy kucharz TVN Modest Amaro primo voto Basiura, rozwinął się medialnie i aktualnie przechodzi etap celebryty. Ostatnio widziałem go reklamującego farby do ścian, ale Modest jest ciągle na fali, więc na farbie z pewnością się nie skończy.


Jego popularność idzie w parze z nabijaniem kabzy, czego Amaro nie ukrywa, chętnie pozując do zdjęć ze swoim nowym Porsche.



Myślałem, że to, co Modest wyprawia w kuchni jest czymś równie bezsensowne co kretyńskie, i że pod tym względem nikt nie jest w stanie go przeskoczyć.
Myliłem się…
Znalazła się bowiem osoba, która także chciałaby reklamować farby, jeździć Porsche i występować w telewizji. Jest nią Aleksander Baron z Warszawy. 

http://www.marekkondrat.pl/
Aleksander bardzo się stara, żeby jego wynalazki nosiły rys niesamowitości i wyjątkowości, dlatego do przyrządzania potraw używa składników, które przeciętny Polak wyrzuca do kubła na śmieci. Przy nich przegrzebki i inne wynalazki Modesta są niewinne, jak  cmentarne lilie.
Że tylko wymienię kilka, które najmocniej na mnie podziałały: skóra z dorsza, kożuch z mleka, baranie jądro...
Więcej poniżej:
http://magazyn-kuchnia.pl/magazyn-kuchnia/56,139803,16216323,Baranie_jadro__maslo_rozmarynowe__cukier_lawendowy,,7.html

Pomijam fakt, że na talerzu poszczególne dania prezentują się równie apetycznie, co bielizna żula. Niektóre przypominają archeologiczne znaleziska z okolic Biskupina, 

http://magazyn-kuchnia.pl/
 inne pooperacyjne resztki woreczka żółciowego, 

http://magazyn-kuchnia.pl/
lub współczesną rzeźbę przedstawiającą podstępnie gwałconego dorsza.

http://magazyn-kuchnia.pl/
Nawet nazwy tych potraw bardziej zachęcają do zastanowienia się nad przemijaniem, niż do ich spożycia.
Jak przystało na kuchnię wykwitną, porcje są perwersyjnie mikroskopijne i drogie. Aż dziwne, że do prawie niewidocznych porcji, wina nie podają do ust kroplomierzem...

Trzeba jednak przyznać, że czytając życiorys Aleksandra, zrobił na mnie wrażenie:
(...) Studiował Historię Sztuki na UW i Rzeźbę w ASP. Handlował biżuterią w USA, spekulował na giełdzie, współtworzył Muzeum Bursztynu na Karaibach, a w Szkocji kierował obsługą sali podczas urodzin Elżbiety II. W 2010 roku otworzył na warszawskim Powiślu restaurację Solec(...)
Natknąłem się niedawno na artykuł w Metro Warszawa, gdzie pewna (podobno) znana blogerka została zaproszona przez pana Barona na degustację jego wyjątkowych potraw.

http://metrowarszawa.gazeta.pl/metrowarszawa/1,141634,18320624,froblog-krytykuje-baron-to-bylo-dziwne.html#MT

Okazało się, że nie tylko ja jestem malkontentem, skoro nawet specjalistka z branży gastro odeszła od degustacyjnego stołu mocno zdegustowana.
Czytając artykuł co chwilę przecierałem oczy ze zdumienia. Nie zdawałem sobie sprawy,  że na świecie dochodzi do takich gwałtów na normalności.
Niecodzienność całego wydarzenia, a raczej instalacji kulinarnej, szef kuchni skomentował:
(…) Pragnę uściślić już na samym początku, że Mouth-to-nose to nie była w zamyśle zwykła kolacja, a multisensoryczne doświadczenie, które jako pierwsi w Polsce zaprojektowaliśmy i przeprowadziliśmy z Martą Siembab, jedynym polskim senselierem i wine coachem Michałem Więckowiczem (…)
Zrozumiałem, że jestem prostakiem, który kiedy jest głodny, prawie w biegu zapycha swój żołądek byle gównem z marketu, zamiast przeżuwać multisensorycznie w asyście senseliera i wine coacha. 
Owszem, znałem kiedyś Stefana z parteru, który bez względu na porę roku, miał niezwykle ogorzałą twarz, na winach jadł wszystkie zęby, a od siarki miał żółte włosy. Był wtedy kimś w rodzaju osiedlowego wine coacha. To od niego dowiedziałem się, że najtaniej i najskuteczniej można było  ujeb*ć się  „Różą Kłodzką” o smaku ananasowym. Niestety, Stefan znał jedynie wina krajowe, poza tym już nie żyje...


Pochłonięty lekturą. coraz bardziej zanurzałem się w klimatach rodem z powieści fantasy:
(...) Jej pojawienie się na stole (szczeżui) poprzedził zainicjowany przez senselierkę rytuał związania nadgarstków wstęgami zanurzonymi w pochodzącej z Iranu zielonej żywicy galbanum, której surowy, dymno-zielony zapach towarzyszył interakcji z jedzeniem i piciem, (...)


Dalej było jeszcze ciekawiej, bo pojawiły się elementy horroru, oraz pogańskich obrzędów:
To już był prawdziwy hardcor, który zrył mi beret:
(...) Na pytanie, skąd pomysł, żeby zaserwować gościom larwę trutnia, do tego podaną na lewej dłoni, odpowiedział: - Było to danie dość wyjątkowe ze względu na sposób podania. Na samym początku Marta Siembab przystawiła na nadgarstku każdego gościa ręcznie zwinięty stempel nasączony olejem cedrowym z gór Atlas. Następnie wyserwowane zostało danie. Każda z trzech osób podających potrawę miała swoją odrębną funkcję - jedna przemywała dłoń i nakładała na nią pianę ze słonecznika, druga nakładała plaster miodu, a trzecia nakładała na niego larwę trutnia. Całe danie było dobrze skomponowane zarówno pod względem wizualnym, jak i smakowym. A larwa trutnia to po prostu białko - jest słodka, ma mleczny posmak.(...)


….po tym tekście przypomniałem sobie, że sam także eksperymentowałem z owadami, bo jako dziecko robiłem koktajle z mrówek i gąsienic i zrobiło mi się wstyd, mimo, że ich nie piłem…

Zaproszona blogerka podobnie jak ja, chyba nie dorosła do geniuszu kucharza Barona, bo ucztę,  która w domyśle miała ją rzucić na kolana oraz jej twórcę oceniła tak:
(…) Z Mouth to nose wyszłam głodna. Poszliśmy potem na kolację. Być może powinnam zapomnieć o tym wydarzeniu, uznać, że Pan się gdzieś unosi, odlatuje w krainę dziwności i kontrowersji. Każdemu wolno iść swoją drogą. Postanowiłam jednak spróbować to Panu przekazać, bo może Pan tego nie widzi" (…)
Wiem, że najłatwiej krytykować. Zwłaszcza komuś, kto sam potrafi jedynie ugotować parówkę, usmażyć jajka, a czasem nawet rozmrozić pierogi z marketu.
Ktoś powie, że świat się zmienia i kuchnia niby też.
Opisywani szefowie kuchni to faceci z jajami. Kuchenna awangarda wyważający kolejne drzwi.
Nie jakieś  "saszety z ekodermy w łapie i fiatem palio na strzeżonym", których wyobraźnia kulinarna sięga nie dalej, niż do pierogów mamusi, i schabowych z ziemniakami od babci. Być może...


Ale siedzę sobie trochę skołowany skromnie na krześle, patrzę w okno i zastanawiam się, ilu na tym świecie tuła się takich Modestów i Aleksandrów, którzy czekają na swoją szansę?
I coś mi podpowiada, że te molekuły, ciekły azot, larwy trutni, czy skóra z dorsza, to zaledwie początek. Może za rok takie dania spowszednieją, i kiedyś będąc na dworcu zamiast banalnego kebaba, strzelę sobie tortillę z podwójnym jądrem, albo szaszłyk z larw?


 Wyższe sfery zajadać się będą wtedy sałatką z czapki bejsbolówki, musem czekoladowym podawany w przepoconym trampku, i innymi wynalazkami.
Zwykła wyobraźnia tego nie ogarnie. Niezwykła oraz bujna też. Chyba tylko chora da radę…


6 komentarzy:

  1. co mnie podkusiło, żeby czytać to przy porannej kawie?... ;)
    zawsze mówię o sobie, że demonem kuchni to ja nie jestem (przynajmniej jeśli chodzi o gotowanie), ale za to często (a wręcz namiętnie :) ) oglądam wszelakie programy kulinarne i, tak jak Ty, nie mogę wyjść z podziwu (zaskoczenia?), czego to ci mistrzowie kuchni nie gotują i za co snoby są gotowi zapłacić olbrzymie (dla przeciętnego zjadacza chleba..) pieniądze... pieniadze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie z pieniędzy i pędu do wyjątkowości, a także silne postanowienie zostania celebrytą powodują takie dewiacje :)

      Usuń
  2. trafne spostrzeżenia, bardzo :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dzień dobry,

    nie jadam w restauracjach. Jestem studentką - hajsy wydaję na inne cele ;) Wydaje mi się, że my studenci lepiej gotujemy od tych pseudo kuchmistrzów. Taniej, ale jak! Człowiek się naje, oszczędnie ale godnie (bez rozpływania się nad jakimiś odpadami), po obiedzie strzeli zimne piwo, jest zadowolony, dumny i szczęśliwie stąpa po ziemi. A taki, co pójdzie do tych pseudo restauracji, zamówi ziarno pszenicy w sosie z wody po ziemniakach, wyjdzie zły bo przecież głodny i nawet się z nerwów nie napije bo wszystkie pieniądze zostawił w restauracji. Szach mat kuchmistrzowie i hipsterzy!

    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. " ziarno pszenicy w sosie z wody po ziemniakach" :)))

      Pozdrawiam :)

      Usuń

Żeby Polska była Polską, czyli mój urlop w Kraju...

Wygłodniały Ojczyzny nie wyobrażam sobie innego miejsca na urlop niż Polskę, a prażenie się na piasku pod palmami uważam za jedno z naj...

Najchętniej czytane