Perfumoholizm – nie idźcie tą drogą…






Tak, to wyznanie perfumoholika obracającego się w kręgu innych perfumoholików. Teraz, kiedy z perspektywy kilkunastu lat widzę, ile czasu zmarnowałem na bezmyślne kolekcjonowanie perfum które początkowo mnie oczarowały, a o których błyskawicznie zapominałem już po zakupie nowych flakonów i ile szmalu na nie wydałem, szlag mnie trafia, że to, co kiedyś nazywałem miłością do zapachów, przeistoczyło się w zwykłe zachowanie kompulsywne które powinno się leczyć u psychologa.


Tak, to nie żart, ale poważna sprawa.
Owszem, dobrze się stało, że używanie perfum stało się powszechniejsze niż kilkanaście lat temu, bo w masie uchodziliśmy za naród śmierdzieli, który z trudem i niechęcią sięgał po mydło, a perfum unikał jak diabeł święconej wody.

http://www.jedzieautobus.kampaniaspoleczna.org.pl/category/smrod/
W końcu niektórzy dawali się skusić na zapachy, którymi teraz wstyd odsmradzać kibel po porannym stolcu.
Wraz z pojawianiem się kolejnych sklepów perfumeryjnych, a my przekonaliśmy się, że świat zapachów to nie tylko Miraculum, Adidas i Coty, zaczęli lęgnąć się pasjonaci zapachów.
Nie wyłączając mnie.
Wchodząc do sklepu „D” lub „S” i widząc rzędy lśniących i przepięknych flakonów, czułem się jak wieśniak w Pewexie. Oczarowany przepychem i niepowtarzalną, delikatną wonią luksusu napawałem się nieziemską atmosferą...
Pierwszą wodą którą po prostu MUSIAŁEM mieć, była Bvlgari Pour Homme. A kiedy stałem się jej właścicielem, w dość krótkim czasie jakoś tak samo poszło i dorobiłem się kolekcji około 180 sztuk flakonów.

Buszując w necie odkryłem, że istnieją „kółka zapachowe” w postaci forów perfumeryjnych. Wtedy z radością stwierdziłem, że nie tylko ja jestem dupnięty na umyśle i że są inni, równie dupnięci. Dało mi to trochę otuchy i poczucie więzi z podobnymi sobie...

https://twitter.com/perfumefansuk

Jednakże, lawinowo pojawiające się podobne fora i grupy onanizujące się perfumami uświadomiło mi, że coś poszło nie tak i jest zwyczajnym biciem piany. Ktoś coś kupił i jest zachwycony, ktoś też to kupił i uważa to za gniot, a w tle kręci się karuzela zakupowa i nie ma dnia, by nie pojawił się wątek "Twój nowy nabytek". A kupuje się w zasadzie dla radości wydawania pieniędzy i irracjonalnej chęci powiększania i tak sporej kolekcji.
Ludzie wzajemnie nakręcają się do zakupów i teraz uważam, że na każdym takim forum powinien być duży banner z cytatem Dantego - "Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie"...
Mam kilku znajomych, którzy szybko napalają się na jakiś zapach, kupują go, często nawet nie otwierają opakowania, bądź otwierają tylko dla jednego psiknięcia, po czym odkładają na półkę, kupując następny flakon. Bardzo często w ciemno. Nie żartuję. Znam takie osoby, a jedną z nich jestem ja. I cały czas mój zakupoholizm nazywałem pasją. Zresztą, wielu tak sobie tłumaczy to uzależnienie. Pasja brzmi bardziej wzniośle i wzbogaca nasze ego...

Teraz w czterech punktach dowiecie się, do czego doprowadza to „rozwijanie pasji”…

1. Paradoksalnie, wasze powonienie ulegnie deformacji

Z czasem będziecie poszukiwali silniejszych wrażeń olfaktorycznych i będziecie szukali zapachów, dzięki którym wśród znajomych uchodzić będziecie za dziwaków pozbawionych gustu.
Jak ognia będziecie unikali zapachów okupujących szczyty list zapachowych przebojów, uważając, że miliony much muszą się mylić, a tylko my perfumoholicy wiemy co jest dobre, ładne i warto to mieć.
Aktualnie wielbionym męskim "zapachem" na forach jest wyjątkowo obrzydliwy męski śmierdziel o nazwie Gucci Guilty Absolute,

przypominający krzyżówkę rozpuszczalnika do farb, z wnętrzem zbombardowanej apteki.Wiele rzeczy w swoim życiu wąchałem, ale nazywanie tego czegoś perfumami, jest grubym nadużyciem.
Jako ciekawostkę dopiszę, że znam parę pań z pewnej grupy perfumeryjnej używających tego napalmu..
Bo w świecie perfumoholików nie ma miejsca na zapachy świeże (przez mężczyzn zwane pogardliwie „świeżakami), lekkie i subtelne. W tym świecie rządzą killery, których największym atutem jest wyrazistość i trwałość. Coraz więcej kobiet gustuje w męskich zapachach, jakich z dużymi oporami używałby bramkarz w wiejskiej dyskotece.
Czuję, że za parę lat, kobiety te w poszukiwaniu jeszcze silniejszych wrażeń, zaczną pachnieć lizolem…


2. Utrata „tożsamości i stylu zapachowego”

Do niedawna istniało coś, co zwie się „signature scent”, czyli mówiąc prościej, wizytówka zapachowa. Kiedyś wchodząc do pomieszczenia, czuło się w powietrzu, że była w nim mama, ciocia Marysia, bądź sąsiadka z parteru. Ludzie mieli swoje ulubione zapachy, używali ich i w naszych nozdrzach zostawiali swoje „wizytówki”.
Uwierzcie, że mając kilkanaście, kilkadziesiąt i więcej flakonów, będziecie mieli problem, czym dzisiaj pachnąć. Zmieniając zapach codziennie, będziecie NIKIM. Nawet wasz pies przestanie was poznawać…


3. Zmarnujecie czas na czytanie i oglądanie pierdół o zapachach. 

Recenzji, nowinek na ich temat, będziecie studiować życiorysy perfumiarzy i oglądać głupawe filmiki pełne podekscytowanych narcyzów w stylu mizdrzącego się do kamery niejakiego Jeremiego w otoczeniu rozbawionych lachonów.
W moim odczuciu, całą tą "wiedzę" uważam za zbędną i zaśmiecającą mózg. Jest równie ekscytująca jak eseje o depilacji odnóży. O tym, jak pachnie Dune czy Allure przekonasz się sam, wąchając go na sobie w perfumerii i nie potrzebujesz do tego bezsensownych filmików szczególnie, że każdy z tych zapachów może pachnieć odmiennie na różnych osobach...

Źródło: Youtube

Przy okazji mody na zapachy, namnożyła się cała armia proroków i „zapachowych specjalistów”, którzy lepiej od nas wiedzą, jaki zapach nam się podoba...

                                         Znalezione obrazy dla zapytania facepalm gif 

Z nieznanych mi dotąd przyczyn, sam piszę czasem jakieś recenzje, ale wyłącznie dla zabicia czasu i ćwiczenia pióra...

4. Niekontrolowane finanse, czyli zakupoholizm…

Jeden obraz, wart więcej od tysiąca słów. Zresztą, popatrzcie sami...


Kiedyś wystarczyła mi skromna półka pod lustrem w łazience, natomiast niedawno, zmuszony byłem zakupić specjalną szafę, żeby nie musieć używać koparki do wyciągnięcia flakonu Givenchy Gentleman Only.
Czasem myślę, że kolekcjonowanie dzieł francuskich impresjonistów kosztowałoby mnie mniej, a korzyści i prestiż z tego tytułu byłby znacznie większe…

Mógłbym opisać jeszcze parę punktów, ale nie chcę zbytnio Was dołować. Mimo, że walczę z tym nałogiem, perfumy będę kochał zawsze. Z tą różnicą, że teraz bardziej świadomie i bez głowy w chmurach, ale twardo stojąc na ziemi. Pozbędę się zapachów, których używam bardziej z litości niż miłości i popracuję nad utraconą tożsamością zapachową.


A Wam radzę, jeśli wkręciliście się w zapachowy obłęd, kupujcie próbki perfum i długo je testujcie.


A kiedy znajdziecie zapach, który naprawdę Was oczarował, a czar trwa tygodniami, wtedy dopiero kupujcie cały flakon. Kiedy okaże się że zbłądziliście, przynajmniej nie zbankrutujecie.

Uczcie się na błędach innych, a jeśli rzeczywiście nie macie co robić z pieniędzmi, oddajcie je swojemu proboszczowi na remont dachu kościoła. One ciągle wymagają jakichś remontów...

https://wiadomosci.wp.pl/


Podróbki perfum – fakty i mity, czyli my Polacy tak mamy, że lubimy niskie ceny...

...a potem płaczemy...
Gorący temat jak zawsze wtedy, kiedy wtapiamy niemałą kasę na badziew, który miał być „owiany tajemnicą i zainspirowany przez otwarte przestrzenie. Woń w której prawie czuć niebieskie niebo, rozpostarte nad kamienistym krajobrazem skąpanej w gorącym słońcu pustyni”, która przez pierwsze piętnaście minut zdaje się być opisywaną wodą, po tym czasie, okazuje się śmierdzielem, przy którym tanie zapachy z „Biedry” pachną imponująco, kosztując przy tym niewiele więcej od kawałka pasztetowej…



Jako że żyjemy w zacofanym i biednym kraju, wielu z nas lubi otaczać się luksusem, pod warunkiem, że paradoksalnie będzie to tani luksus. Właśnie z tego powodu, naprzeciw naszym oczekiwaniom wychodzą wszelkiej maści szmaciarze i kombinatorzy, oferujący luksusowe i topowe zapachy za „konkurencyjną” cenę. Inaczej mówiąc, sami wyhodowaliśmy sobie tę żabę.
W krajach bogatszych od Polski, ktoś kto zapragnął wejść w posiadanie Dior’a Sauvage, bądź Chanel 5, po prostu udaje się od renomowanej perfumerii i… po prostu kupuje. 



Dziwne, prawda? Zajeżdża frajerstwem na kilometr. Jak można być takim idiotą i wydawać kilkaset zeta za flakonik, który my, znacznie sprytniejsi życiowo, możemy go kupić na portalu aukcyjnym za stówę? Przecież, jak utrzymują pasjonaci perfumiarstwa i "znafcy", płaci się tylko za markę, która pachnie głównie marketingowym wsadem, więc po co przepłacać?
Ano właśnie. I stąd ten dzisiejszy post…
Wystarczy odrobina logiki i rozsądku, żeby dojść do wniosku, że cuda zdarzają się przeważnie w filmach, literaturze i religii. Owszem, jak to w handlu bywa, czasem dochodzi do krótkotrwałych, nadzwyczaj korzystnych promocji zapachów, ale zauważcie, że ceny zapachów Dior’a czy Chanel, NIGDY nie ulegają takim wahaniom. Wynika to z polityki cenowej obu producentów i jeśli gdziekolwiek zobaczycie 50% obniżki na te zapachy, zachowajcie szczególną ostrożność.
Handel podróbkami i ich produkcja, dla wielu jest kuszącym źródłem szybkiego wzbogacenia się i mimo że w Polsce grozi za to do pięciu lat odsiadki, wielu cwaniaczków podejmuje to ryzyko zwłaszcza, że producenci fake’ów inwestują w technologie, dzięki którym, coraz trudniej odróżnić je od oryginałów. 
Jednak proces ich produkcji w warunkach garażowych wygląda może lekko odrzucić...











Piszę oczywiście o opakowaniach i flakonach tychże, bo idealnie podrobić sam zapach jest prawdopodobnie niemożliwe.
Skala tego procederu jest już tak duża, że jak grzyby po deszczu mnożą się „detektywi”, specjalizujący się w odróżnianiu podrób od oryginałów.



Blady strach padł na lica miłośników perfum, którzy poczęli wpadać w paranoje, zaśmiecając fora perfumeryjne zdjęciami zakupionych flakonów pytając, czy na pewno kupili oryginał nawet, jeśli zakupili je w legalnie i długo działającym na rynku sklepie internetowym. Wtedy pomyślałem, że trochę rozjaśnię umysły paranoików, co też niniejszym czynię…
Po pierwsze, nie wierzcie w to, że jakikolwiek sklep, zwłaszcza ten, który oprócz sklepu online, ma swoje placówki stacjonarne, latami zdobywał zaufanie klientów, inwestował w infrastrukturę, ryzykowałby handlem podróbami, za który grozi kara więzienia, a informacja w mediach o popełnionym przestępstwie byłby dla niego rynkową zagładą.
Musiałby być prowadzony przez kretynów albo kamikadze...
Mimo to, zdarza mi się czytać pierdoły przeróżnych pasjonatów perfum i niedawnych klientów sklepu X czy Y, że właśnie sprzedano im podróbkę zapachu, bo pachnie krócej i inaczej, niż ten, który kupili dziesięć lat temu, zapominając lub nie wiedząc o zjawisku reformulacji, czyli modyfikacji jego składu.



Modyfikacje składu perfum mają różne źródła i przyczyny. Czasem wskrzesza się bardzo stare zapachy i odmładza je odejmując lub dodając pewne składniki, który usuną „zmarszczki” i uwspółcześnią jego nuty, czasem robi się to, żeby obniżyć koszty produkcji, a już na pewno zmuszeni są zastępować niektóre naturalne składniki syntetykami, bo takie są (kretyńskie) dyrektywy UE. Koniec i kropka.
Dlatego z własnego doświadczenia śmiało mogę napisać, że kupowanie perfum w sklepach online i to takich, które występują w porównywarkach cenowych, niczym nie grozi.
Groźnie robi się dopiero wtedy, kiedy zapach kupujemy na portalach aukcyjnych, bądź od ulicznych sprzedawców, oferujących „niesamowite okazje”.
Nie twierdzę, że na portalach aukcyjnych oferuje się wyłącznie podróbki, ale zakupy trzeba tam robić ze wzmożoną czujnością. Takie są moje (często przykre) doświadczenia.
Kolejna paranoja, to ta, że ludziom wydaje się, że chińskie rączki podrabiają wszystkie perfumy świata.
Uruchomienie linii produkcyjnej na dużą skalę dla nowego zapachu, nawet w chińskich, garażowych realiach, to rzecz wymagająca sporych inwestycji i czasu. 



Sam „sok” to rzecz najprostsza w tym procesie. 
Najwięcej kasy pochłania produkcja flakonów i ich opakowań. Nadruków, zatyczek i podróbka wszelkich (często sprytnie ukrytych) zabezpieczeń oraz pułapek, jakie zastawił producent oryginalnych perfum, chcąc uchronić się przed ich kopiowaniem.



Żeby wydymać klienta, garażowy perfumiarz musi się mocno pomęczyć, żeby całość wypadła jak najbardziej wiarygodnie, a inwestycja szybko się zwróciła i zarabiała.
Dlatego, zgodnie z logiką, podrabia się zapachy na topie i te najczęściej kupowane.
Inaczej mówiąc, najbardziej ryzykowna jest lista zapachowych przebojów w rodzaju Chanel Bleu de Chanel, Dior Sauvage, Paco Rabanne Invictus, Armani Acqua Di Gio, Chanel 5, Armani Si, Lancome La vie est belle i wszystko to, co sprzeda się w tysiącach sztuk.
Dlatego kupując mało popularny zapachy ze stajni np. Jil Sander, Salvatore Ferragamo bądź Lalique, możecie być spokojni, bo nie słyszałem o podróbkach tych zapachów. Za mały rynek zbytu przy takich samych kosztach „produkcji”, jak w przypadku Chanel…
Mam nadzieję, że udało mi się rozwiać część wątpliwości w temacie podrabiania perfum. Dodam tylko, żebyście nie dołączali do zbiorowych paranoi, kiedy jakiś niezadowolony „pacjent” z forum stwierdzi, że w sklepie sprzedano mu podróbkę, bo pachnie mu podejrzanie, puszczając w świat fake newsa, a ten wywoła panikę wśród ludzi i lawinę oskarżeń dla bogu ducha winnego sklepu.



My Polacy tak mamy, że lubimy niskie ceny, ale dla świętego spokoju, perfumy kupujmy lepiej w renomowanych sklepach. Czasem warto przepłacić i spać spokojnie...

Kolejna porcja damskich afrodyzjaków, które sprawią, że twój konar zapłonie...



Coraz częściej zaglądam na półki z damskimi zapachami. Do tej pory wąchałem je głównie na kobietach i dzieliłem na niezłe, fajne, świetne i śmierdzące, bez wnikania w ich nazwę.
Jednak obserwując mój blog łatwo zauważyć, że coraz częściej zgłębiam ten temat.
Nie inaczej będzie i tym razem, bo moje nozdrza napotkały kolejne wonie, które obudziły we mnie zwierzę.
Zapachów z jakimi miałem przyjemność obcować było naprawdę sporo, ale dziś opiszę cztery, które mnie uwiodły.
Na pierwszy ogień pójdzie coś leciwego, cudownego i wyjątkowo szpetnie opakowanego, czyli:

Gucci Rush


Nie wiem co w tej wodzie pływa, ale ma to niesamowity power przez który trzeba przejść. Już po pół godzinie, Rush zaczyna kipieć od seksapilu, by po paru godzinach stać się wręcz perwersem. Nie mam pojęcia, co za kretyn wymyślił plastykowe pudełko zamiast flakonu, ale połączenie czerwonego plastyku z przepiękną, erotycznie pociągającą wonią może sugerować, że Gucci Rush stworzono dla luksusowych prostytutek którym „w pracy” czasem wszystko leci z rąk, a przecież tak nie jest.
Pomijając zatem formę Gucci’ego, jego treść pomaga zapomnieć, skąd się ona wzięł
a. Trwałość tej wody jak na dzisiejsze standardy jest naprawdę imponująca, dlatego zamiast uganiać się za oklepanymi nowościami, polecam owego Rush’a osobiście przetestować na skórze...
Kolejna piękność to:


Boucheron Quatre



Prawdopodobnie mało znany zapach, ponieważ firma Boucheron na naszym rynku jest tak samo znana, jak firmy produkujące saksofony i kulki przeciwmolowe, choć zacna to marka, lecz skąpiąca kasę na reklamę…
Same perfumy początkowo wydają się po prostu niezłe, w odbiorze chłodne, z wyczuwalnymi nutami owocowo kwiatowymi. Ale wystarczy dać im się rozwinąć i zaczyna się orgia zmysłów. Jak to pięknie ewoluuje… Kiedy do gry wchodzi moje ulubione piżmo w duecie z cedrem, trudno oderwać się od kobiety, która tym pachnie.
Tu niczego nie jest za dużo ani za mało. Połączenie rześkości z seksualnością. Można używać nawet w lecie. Polecam…
A teraz coś mniamuśnego o kokieteryjnej nazwie, coś czego dotąd nie znałem, czyli:

Miu Miu L’Eau Bleue




Konwaliowy afrodyzjak. Lekki, seksowny i taki niepowtarzalny. Nie ukrywam, że bardzo szybko zakochałem się w tych perfumach. Są świeże, kobiece i (patrząc na flakon) pewnie w zamyśle twórców Miu L’Eau Bleue także figlarne i zalotne, lecz dla mojego nosa są czymś mocno pobudzającym, w aspekcie samczym i robaczywomyślowym…
Na deser zostawiam flankera, który moim zdaniem pobił protoplastę, a mowa o

Chanel Chance Eau Tendre



Osoba bliska mojemu sercu ma całą kolekcję „Częsek”, dlatego miałem możliwość przetestowania wszystkich ich odmian. Po jednodniowym teście najlepszą wodą okazała się właśnie wersja Tendre.
Połączenie delikatnej słodyczy, lekkości, świeżości elegancji, klasy i seksu w jednym flakonie i zmiksowane przez Chanel, nie mogło się nie udać.
Zapach na cieplejsze dni i naprawdę gorące noce. If you know what I mean…
Gdybym był kobietą, na mojej półce nie mogłoby zabraknąć tego wyjątkowej urody flakonu.
Chance Eau Tendre to subtelny wymiatacz, który tani nie jest, ale zdecydowanie wart jest wycięcia sobie nerki na sprzedaż. Cudny po prostu…

I to już wszystko na dziś. Przede mną jeszcze sporo innych zapachów do przetestowania i kiedy natrafię na takie jak powyższe „Viagry”, z pewnością podzielę się spostrzeżeniami.
A z tym wycinaniem nerki żartowałem. Lepiej trzymać je obie w pogotowiu, bo nie wiadomo, czy za rok lub pięć, nie pojawi się coś na tyle pięknego, że warto będzie sprzedać nie tylko nerki, ale i wątrobę. I co wtedy?






Cztery damskie zapachy, które uwiodły mnie w tym roku, a które twoja kobieta powinna znaleźć pod choinką...


Tych które mnie uwiodły znalazłoby się więcej, ale te poniższe działają na mnie jak afrodyzjaki. Wiem co piszę, bo kiedy je poznałem, nie mogłem spać na brzuchu…
Wszystkie z wymienionych zapachów odbieram jako piękne, uwodzicielskie i z klasą, choć różnią się charakterem.
Żeby uniknąć lania wody przejdę do konkretów, bo mam do zrobienia zupę grzybową, a siedzenie przed kompem wcale mi tego nie ułatwia. No to jedziemy…

Michael Kors Wonderlust




Wiem, że pewnych kołach zbliżonych do tzw. zmanierowanych znawców zapachów, zapachy Korsa uchodzą za wyroby dla sprzątaczek, ale wystarczy odrzucić dziwne uprzedzenia i powąchać Wondelust żeby stwierdzić, że to kawał pięknie skomponowanych perfum.
Sprytna krzyżówka migdałów z jaśminem i drzewem kaszmirowym powoduje, że nogi mi się uginają, a hormony śpiewają jak pobudzony amfetaminą radziecki chór Aleksandrowa na obchodach rocznicy Rewolucji Październikowej.
Boże, jakież to uwodzicielskie…  


Niczego nie ma w nadmiarze, niczego nie brakuje. Do tego jego trwałość jest więcej niż przyzwoita. Całość skutecznie podkręca libido jak poczwórna turbosprężarka.
Uwaga, na rynku występuje także wersja Sensual Essence, który mimo obiecującej nazwy, jest moim zdaniem znacznie mniej udanym zapachem…

Giorgio Armani Sun di Gioia




Ten zapach ma w sobie wszystko to, co w kobiecych perfumach cenię najbardziej.
Lekkość, subtelność i delikatność. Sun jest bardzo kobiecy i niesamowicie pociągający dla moich nozdrzy.
W dodatku uwalnia grzeszne myśli jakie lęgną się w głowie faceta który aż bulgoce od nagromadzonego testosteronu. Co ciekawe, najbardziej seksowne akordy wydaje z siebie po paru godzinach i przed zgaśnięciem.
Sun di Gioia jest mieszanką letniego luzu, frywolności a jednocześnie powabu, elegancji i kobiecości w najlepszym wydaniu.  Lato w płynie.
Taki zestaw musi robić wrażenie na facetach. I wierzcie mi, robi…


                              Narciso Rodriguez  Narciso Poudree 



Przepiękny puder wyśmienicie podany. Dominujący, ale wraz z nim czuć delikatną różę, jaśmin, kwiat pomarańczy i moje ukochane piżmo, które Narciso Rodriguez  zazwyczaj serwuje w dużych dawkach, a które działa na mnie niemiłosiernie, wprowadzając delikatne akcenty animalne.Poudree ma spokojną, wręcz intymną naturę i idealnie nadaje się do zbliżeń. Jeśli wiecie, co mam na myśli. Cholernie udany zapach, choć moim zdaniem raczej dla pań dojrzalszych. Siksy nie docenią Poudree, bo reagują jedynie na silne bodźce…


Gucci Bloom





Po wielu latach eksperymentów z gniotem  z serii Guilty, Gucci ku uciesze miłośników perfum, doszedł do wniosku że ożywanie trupa nie ma jednak sensu i wygląda na to, że Bloom stanie się przełomem we właściwą stronę.
Odetchną akcjonariusze Gucciego, a przede wszystkim klientela, która powoli odwracała się od wyrobów perfumeryjnych tej firmy.
A teraz do brzegu…
Flakon Bloom doskonale dobrany do zawartości, a przy okazji piękny.
Bloom to także wariacja na temat pudru, ale nie puder gra w nim pierwsze skrzypce, a tuberoza i jaśmin. Całość wręcz kremowa i pięknie zharmonizowana.


Nie ma w tym zapachu żadnej rewolucji, ale czuć że skomponowano go przepięknie. Tak jak Poudree Narciso, Gucci Bloom także widzę raczej na kobiecie dojrzalszej.
To zapach z klasą, na specjalne wypady. Dziurawe dżinsy i t-shirt nie bardzo do niego pasują.
Zapomniałem dodać że jest też bardzo sexy. Tworzy przepiękną pudrowo-tuberozową aurę w której terytorium chciałoby się wejść i nigdy z niej nie wychodzić.


Uwaga, tanio nie będzie, ale lepiej kupić setkę Bloom, niż parę tandetnych celebryckich słodziaczków, które tyle mają w sobie uroku, piękna i klasy, co Krystyna Pawłowicz na balu sylwestrowym…

Na tym kończę listą moich tegorocznych hitów, a z okazji Świąt, życzę Wam zdrowia i szczęścia, a także spełnienia marzeń, bo ja już powoli swoje spełniam, stąd moja rzadka obecność na blogu.
Ale niebawem znowu nabiorę rozpędu, bo wychodzę na prostą...


Aha, wiem że piosenkę o zimie w wykonaniu sióstr Godlewskich chcielibyście najbardziej usłyszeć i ją usłyszycie. Być może po raz pięćsetny, ale co tam...



Trzymajcie się i nie przesadzajcie z jedzeniem...












Lady killers, czyli jak uwieść kobietę za pomocą roztworu alkoholu...


W dzisiejszym wpisie to co tygrysy lubią najbardziej, czyli o rwaniu lasek na zapachy.
Podobno węch jest najbardziej atawistycznym zmysłem człowieka. W dodatku o największej, niezbadanej jeszcze „palecie”.
O ile potrafimy posegregować smak, który charakteryzuje się skromnym repertuarem, dźwięk czy barwy, zapach nie jest łatwy do zaszufladkowania. Na stronie Styl.pl natknąłem się na informację, z której wynika, że człowiek potrafi wyczuć od 800 do tysiąca poszczególnych molekuł, które są dla nas odrębnymi zapachami. Inaczej mówiąc, węch to to, co pozostało w nas kiedy byliśmy jeszcze zwierzętami. One właśnie za pośrednictwem węchu rozpoznają swój strach, niechęć, obrzydzenie, bądź podniecenie.


I o tym podnieceniu, a w zasadzie jego wywoływaniu u płci przeciwnej, chciałbym dziś napisać parę słów w kontekście tego, czym zniewolić kobietę odwiedzając perfumerię.
Zasugeruję dziś listę prawdziwych Lady killerów, choć nie gwarantuję że na każdym zadziałają tak, jak byśmy sobie życzyli.
Nie muszę tego dodawać, ale na wszelki wypadek dodam, że samo noszenie drogich zapachów to nie wszystko. Dla dopełnienia całości warto od czasu do czasu wziąć prysznic i zmienić gacie oraz skarpety.
Śmierdzące nogi potrafią zrujnować najbardziej wyrafinowany bukiet zapachowy…


I jeszcze jedna uwaga – strzeżcie się podróbek, szczególnie z pewnego serwisu aukcyjnego na literę "A". Dotyczy to głównie Diora i Chanel’a których pokochali producenci z Chin i właściciele skromnych manufaktur z okolic Sosnowca.
Wiele krzywdzących opinii na temat poniższych zapachów bierze się stąd, że za flakon  „prawie Dior” 100ml zapłacono 100 złotych, gdy w sklepach kosztują one ponad 300, bo my Polacy lubimy niskie ceny.
Cudów nie ma. Zarówno Dior i Chanel mają spójną i prostą politykę cenową. Czy kupicie te zapachy w Harrods’ie czy w Douglasie, bądź w innym sklepie, cena będzie prawie identyczna. Po prostu nie róbcie siary i kupujcie wyłącznie oryginały. Używanie podróbek to zwyczajnie szczyt wieśniactwa i nie dajcie sobie wmówić, że kupując markowy produkt płacicie tylko za logo...


No to dosyć tego ględzenia i przechodzę do konkretów zaznaczając jednak, że kolejność jest przypadkowa.

Dior Sauvage – hicior ostatnich dwóch lat.
Zapach poniewierany przez tak zwanych „znawców perfum”, którzy zarzucają mu wtórność, syntetykę i nudę. 


Wychodzi na to, że Sauvage wybrały setki tysięcy kretynów którzy zwabieni reklamą nie bacząc na to że pachnie "nijako"i "banalnie", kupowali go i nadal kupują jak szaleni, tylko ze względu na prestiżową markę.
I owszem, Sauvage nie jest żadną rewolucją w zapachach. Jest po prostu elegancką wodą dla facetów którzy cenią sobie jakość i lubią ładnie pachnieć wodą skrojoną przez liczącą się markę z tradycjami.
Nie wiem czy to jakość użytych składników to sprawiła, czy odpowiednie ich proporcje, ale ogólne wrażenie jakie mam mając Sauvage na sobie określiłbym, że "czuć Diorem".
Dodatkowym atutem Diora jest jego nieziemska trwałość co staje się rzadkością w naszych czasach.
I powiem Wam coś jeszcze – kobiety naprawdę uwielbiają ten zapach na facecie.
Maślany wzrok niejednej kobiety gwarantowany w pakiecie...
Naprawdę, trzeba mieć wyjątkowo obleśny i tępy ryj żeby Sauvage nie zadziałał. Taki z niego Don Juan.
Jeśli jednak uważacie że Sauvage jest dla was zbyt drogi, zawsze możecie poczekać, aż w osiedlowej "Biedronce" pojawią się jego odpowiedniki w postaci jakiegoś "Dur Sóważ" w cenie kostki masła albo kilograma pasztetowej...

Bleu de Chanel EDT – inteligentny „Kosiarz Wagin”, lekko zdetronizowany przez Diora Sauvage, który chyba delikatnie czerpał inspiracje z Bleu zazdroszcząc mu sukcesu rynkowego.


Na forach perfumeryjnych trwa nierozstrzygnięty dotąd spór który zapach lepszy – Bleu czy Sauvage?
Faktem jest że oba są dość zbliżone charakterem, ale według mojego nosa, Bleu jest bardziej wyrafinowanym zapachem, choć lżejszym od Sauvage. Bleu de Chanel nosi okulary, eleganckie skórzane buty i fantazyjny szalik, Dior Sauvage ma delikatnie zarysowany sześciopak który daje się zauważyć na jego nieskazitelnie białej koszuli i czasem zakłada trampki.
Na wszelki wypadek posiadam oba.
Bleu de Chanel to przykład perfekcyjnie skonstruowanego zapachu który nadaje się praktycznie na każdą okazję. Skrojono go według wymogów współczesności. Nie krzyczy, tylko szepce, a robi to w taki sposób, że można tego szeptu słuchać godzinami. A kiedy jesteś kobietą i podejdziesz bliżej, prawdopodobnie poczujesz przysłowiowe motyle w brzuchu.
Cenię sobie facetów którzy używają tego zapachu. Nie są kolekcjonerami wszystkiego co jest na topie, nie wymądrzają się na forach zapachowych, nie piszą poematów na temat perfum. Oni po prostu wiedzą co dobre i jak to nosić. Faceci z klasą używają zapachów z klasą, a trudno odmówić klasy Bleu zamkniętemu w niepozornym flakonie.

La Nuit de l`Homme Yves Saint Laurent – Podstawowa broń każdego uwodziciela. Nie twierdzę że z każdej randki wrócisz rozprutym rozporkiem i kieszeniami wypchanymi damskimi majtkami, ale mogę zagwarantować, że będziesz zapamiętany jako atrakcyjny facet który ma coś w sobie i którego warto zapamiętać.


Pod warunkiem, że w knajpie w której spędzasz randkę,  pozostałych pięćdziesięciu facetów nie pachnie tą samą wodą.
To jednak może być problemem, bo La Nuit obrósł już legendą mega seksownych perfum, którym opierają się wyłącznie kobiety martwe, bądź cierpiące na silny katar…

Dior Dune –  Tajna broń i wyrywacz uduchowionych intelektualistek.
Przez swoją małą wyrazistość i spokojny charakter, zapomniany już zapach.


Pełnokrwisty Dior, a w tej odsłonie wytrawny, lekko zielony, ziołowy w pierwszym kontakcie, ale przede wszystkim ze wszech miar elegancki. To najprostsza definicja tego Diora.
Owszem, na tle Sauvage, Dune wygląda skromniej. Jest bardziej powściągliwy w wyrażaniu emocji, ale ma w sobie ogromny czar którym uwodzi nie tylko mnie, ale i kobiety.
To jeden z najbardziej komplementowanych zapachów w mojej kolekcji i  cieszę się że Dune nie jest popularnym zapachem.
W ten sposób łatwiej mi brylować "na salonach" tajemniczą, mało znaną ale piękną wonią.
Przeciętna Dżesika nawet go na nas nie zauważy, bo ma nos prosty „od pługa”, ale kobieta z klasą nie przejdzie obok niego, a tym samym obok nas obojętnie.
Niech zacytuję fragment recenzji Kasi S, znajomej z pewnego portalu perfumeryjnego:
„On po prostu jest i robi robotę, choć niby się niczym nie wyróżnia. Nie ma orientu, nie ma kadzidła, nie ma azteckich piramid olfaktorycznych o tysiącu kondygnacji, nie ma balsamu Peru ani Chile, ani wyciągu z wymion jednorożca. Jest dużo spokojniejszy i bardziej ułożony od damskiego pierwowzoru. A jednak. Zwyczajny niezwyczajny, nawiązując do klasyków TVP. Kupujcie, chłopaki, i patrzcie jak trup damski ściele się aż po horyzont!”
To chyba wystarczająca rekomendacja..

Dior Homme – czyli o uwodzeniu marchwią i szminką.


Ten killer stał się przebojem już w momencie swoich narodzin w roku 2005. W międzyczasie przeszedł parę mniej lub bardziej operacji plastycznych, zmienił ojca, a mimo to, cały czas zachwyca, także płeć piękną. Homme to taki słodziak z nutką elegancji i o niecodziennym otwarciu. Do tego bardzo trwały, ale nienachalny. Kiedy minie szok spowodowany marchwią, szminką i irysem, staje się prawdziwym dandysem. Nawet się zrymowało. Dość niecodzienny zestaw jak na męski zapach, a jednocześnie odzwierciedlający zmieniające się trendy w męskich zapachach. Niewiele znam kobiet, na których ta woda nie robi wrażenia…
Dior Homme nie może się nie podobać. To znaczy może, ale do tego trzeba być atawistycznym zwierzęciem w typie Zdzisława Dyrmana…



Pięć wymienionych przez mnie pozycji to „Must Have” podrywacza. Nie są tanie bo są drogie – jak mawia pewna czarna sprzątaczka w mojej firmie.
Nie są tanie, ale są zdecydowanie warte swojej ceny. Pomijając podryw, wszystkie te zapachy z pewnością mają klasę, którą czuć, oraz wspólny mianownik – subtelność.
Moja rada jest taka – jeśli chcecie wejść w bliższe relacje z kobietami (czytaj- skonsumować związek), przestańcie kupować siekiery w rodzaju 1 Million czy Lalique Encre Noire.
Kobiety preferują bardziej świeże i  subtelne wonie. Po stokroć bardziej spodoba im się tani Azzaro Chrome, bądź Lanvin Eclat D’Arpege pour Homme, niż słynny Terre Hermesa, albo Fahrenheit. Niestety Polacy, a szczególnie młodzi i pryszczaci uważają, że im silniejszy i bardziej wyrazisty zapach, tym większe musi robić wrażenie na kobiecie.
Kobiety są skonstruowane inaczej. Są delikatne i bardziej od nas subtelne, więc przytulenie faceta zlanego A*Men’em Muglera w lipcowe przedpołudnie, będzie dla nich jak zderzenie z rozpędzoną lokomotywą.


To tyle na dziś, a w niedalekiej przyszłości przygotuję zestaw – jak w prosty sposób i za pomocą jakich woni zasadzić się na kobietę typu MILF.
Tymczasem dziękuję za uwagę i zapraszam do najbliższej drogerii... 








Perfumoholizm – nie idźcie tą drogą…

Tak, to wyznanie perfumoholika obracającego się w kręgu innych perfumoholików. Teraz, kiedy z perspektywy kilkunastu lat widz...

Najchętniej czytane