Musztarda rosyjska, czyli jak nie stałem się szmatą...

 


Udało mi się przeżyć atak koronawirusa w lajtowej wersji omikron i aktualnie jestem w fazie tzw. covidowej mgły mózgowej. Tylko to może tłumaczyć moje nieodpowiedzialne zachowanie i ignorancję, która sparaliżowała mnie od pasa w górę.

A zaczęło się dość niewinnie…
Ot, będąc na zakupach w markecie, skuszony atrakcyjną ceną, sięgnąłem po słoik z ulubioną musztardą rosyjską. Wkładając słoiczek do koszyka, miałem wrażenie, że parę osób obserwuje mnie z obrzydzeniem.  Uspokoiłem się, tłumacząc sobie, że to tylko moje wrażenie, więc zignorowałem sygnały i udałem się do kasy. Dopiero kiedy dotarłem do domu, rozpakowywałem zakupy i włączyłem telewizor, zorientowałem się, o co biega. Zobaczyłem posraną ze strachu twarz ministra Błaszczaka. 

www.tvp.info
www.tvp.info


Wtedy dotarło do mnie, że na Ukrainie trwa wojna.  


Swoją drogą, Błaszczak ma wyjątkowego pecha. Dotąd, stanowisko ministra obrony narodowej było równie komfortowe, jak tego od klimatu i środowiska. Widmo wojny dalekie to i zajęć niewiele. Czasem trzeba zaświecić gębą w TV w trakcie świąt państwowych, udekorować medalem kilku lojalnych generałów, zrobić sobie fotkę na tle prototypowego, tekturowego czołgu lub kieszonkowego lotniskowca wykonanego przez koło gospodyń wiejskich i przed kamerami zapewnić, że nasza armia jak zawsze jest niezłomna i niezwyciężona.

Tymczasem wracając do nieszczęsnej musztardy…


Przelatując pospiesznie przez kanały, dowiedziałem się, że trwa bojkot rosyjskich towarów i wiele sklepów usuwa je ze swoich półek. — Aha… — w końcu do mnie doszło — to stąd ten ostracyzm…

Złapałem słoik i już miałem wywalić go do kubła, kiedy mój wzrok zatrzymał się na etykiecie.  Przeleciałem ją z góry na dół, z przodu i z tyłu, ale nigdzie nie znalazłem informacji „Sdiełano w Rosji”.  Złapałem za telefon i zadzwoniłem na infolinię producenta. Po kilkunastu przełączeniach między działami, w końcu skontaktowano mnie z panią docent Anną Marią Cichodaj-Chlew, odpowiedzialną za kontakt z mediami. Wspólnie zastanawialiśmy się, ile Rosji mieści się w słoiku z musztardą rosyjską, w końcu po kilkunastu minutach docent Chlew stwierdziła, że nazwa jest w zasadzie z dupy, bo jakaś musiała na słoiku widnieć. Dodała, żeby jej odpowiedź potraktować, jako nieoficjalną, a najlepiej niebyłą. Zgodziłem się z tezą pani docent, bo jakby nie patrzeć, gdyby musztarda miała być rzeczywiście rosyjska, znając Rosjan, musiałaby zawierać spirytus, bakterie syfilisu oraz okruchy tytoniu… 

Annie Marii podziękowałem za pomoc i na wszelki wypadek, w ramach solidarności z przeciwnikami reżimu Putina, postanowiłem wywalić musztardę do śmieci. 

Niesiony patosem wydarzeń na Ukrainie, w ramach inicjatywy oddolnej, na podwórzu rozpaliłem ognisko i demonstracyjnie spaliłem kilka rosyjskich książek. Na pierwszy ogień poszedł „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. Zrobiłem to bez żalu, bo ani nie pojąłem fenomenu tej powieści, ani nawet nie dałem rady jej skończyć. Jakaś dziwnie popierdolona jak na mój gust. Dla podtrzymania ognia oraz uspokojenia sumienia dorzuciłem jeszcze „Annę Kareninę” Tołstoja i „Braci Karamazow” Dostojewskiego... 


Rozochocony, wrzuciłem jeszcze komplet matrioszek, które dostałem kiedyś od rosyjskiej prostytutki w rewanżu za odkrycie nieznanych dotąd stref erogennych kobiety...

...oraz słoiczek przeterminowanego kawioru astrachańskiego, który mimo swojej horrendalnej ceny, od zawsze napawał mnie wstrętem.   

Rosyjskich akcentów, zalegających w moim domu pozbyłem się bez żalu i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Na wszelki wypadek zostawiłem kilka butelek wódki Stolichnaya oraz Smirnoff, ponieważ nigdzie nie znalazłem informacji, że nadal są to reżimowe, rosyjskie wódki.


Na wszelki wypadek, na  czas trwania konfliktu unikam oglądania filmów "Wołyń" Smarzowskiego oraz "Ogniem i mieczem", z niecierpliwością czekam na rozwój wypadków i pozdrawiam moich czytelników...

Sterylna miłość - Opowiadanie w czterech aktach (Dokument fabularyzowany)

Ten związek zapowiadał się wręcz wyśmienicie. Wszystko zdawało się doskonale ze sobą zazębiać. Oboje byliśmy maniakami dobrego kina, literatury i doskonale dogadywaliśmy się w wielu newralgicznych obszarach, jakie pojawiają się na styku kobieta-mężczyzna.


W sferze seksualnej także osiągnęliśmy pełną harmonię. Dzięki niej mogliśmy urzeczywistniać nasze najbardziej skrywane fantazje. Po prostu bajka…
Jak to jednak w bajce bywa, kiedy jej bohaterowie zaczynają żyć długo i szczęśliwie, niespodziewanie pojawia się jakiś smok, wilk, lub czarownica, których zadaniem jest wszystko spierdolić. W moim przypadku smokiem okazała się drewniana deska do krojenia, a czarownicą kurze jaja. Pojawiły się też inne rzeczy… Ale o tym później.
Kiedy sięgam pamięcią, po kilku latach naszego związku, śmiało mogę stwierdzić, że pierwsze dwa tygodnie wspólnego życia pod jednym dachem były dla mnie czymś w rodzaju kwarantanny. Szczęśliwy w swej nieświadomości żyłem w przeświadczeniu, że jestem normalną istotą. Sprzątałem po sobie, regularnie zmywałem naczynia, przestrzegałem higieny osobistej, unikałem alkoholu, prochów i innych wspomagaczy. Nie zakłócałem ciszy nocnej, nie awanturowałem się i czułem, że stałem się przysłowiową drugą połową jabłka.
Już po kolejnych dwóch tygodniach na niemal perfekcyjnym obrazie mojej osoby zaczynały pojawiać się drobne rysy… Ja ich nie dostrzegałem, nie zdawałem sobie sprawy, że ktoś może odebrać moje zachowanie, jako dalekie od ideału.
Zaczęło się niewinnie. Od pouczeń, podawanych na srebrnej tacy i w białych, jedwabnych rękawiczkach. W stosunkowo krótkim czasie pouczenia zmieniły się w nieporozumienia, a te w konflikty i pyskówki. Przy okazji dostałem lekcje o ciągach logicznych zdarzeń i coraz częściej nabierałem przekonania, że zanim związałem się z M, żyłem jak żul i oblech. Miałem też wrażenie, że mój mózg dość łatwo poddaje się praniu i przestawałem go poznawać.

Rozdział I
Casus deski do krojenia

Pewnego dnia, był to słoneczny, wiosenny, sobotni poranek, kiedy wstałem z łóżka, umyłem się i pognałem do kuchni z silnym postanowieniem, że przygotuję dla nas wykwintne śniadanie. Jako że jestem miłośnikiem szynki szwarcwaldzkiej, z ochotą wyjąłem ją z lodówki zapakowaną w foliowe opakowanie i położyłem na desce do krojenia, żeby otworzyć i wydobyć cienkie plastry wędzonej, aromatycznej szynki. Akurat w tej chwili weszła do kuchni M. Uśmiechnęła się uroczo, a kiedy skierowała wzrok na leżące na desce foliowy prostokąt, na jej twarzy pojawił się delikatny, prawie niezauważalny grymas obrzydzenia. Podeszła bliżej i nie przestając się uśmiechać, błyskawicznie zdjęła z deski opakowanie z szynką, rzuciła je z obrzydzeniem na podłogę, a deskę wrzuciła do zlewu i zalała gorącą wodą. Zaskoczony reakcją spytałem, dlaczego zabrała mi deskę do krojenia.
— Misiu, muszę ją wyparzyć… — odpowiedziała bardziej stanowczym tonem.
— Ale przecież jest czysta — wymamrotałem zdziwiony.
— Nie jest, bo położyłeś na niej opakowanie z szynką.
— No i? — zamrugałem oczami, zaskoczony odpowiedzią.
— A wiesz, gdzie było to opakowanie? — oparła dłoń na biodrze i zaczęła wywód — trzymali je w brudnych łapach niedomyci robole w przetwórni. Tam pracują przeważnie faceci, a faceci kochają piwo, które, jak wiesz, jest moczopędne. Zdajesz sobie sprawę, że większość facetów, rzadko myje ręce po sikaniu. Prawda? — zaplotła ręce i kontynuowała. — Potem twoja oblepiona moczem szynka trafiła do pakowaczki, która dotykała ją lepkimi od brudu łapami. Przez jej uświnione ręce przechodzą tysiące takich paczek! Następnie trafiła do sklepu, gdzie równie niedomyte baby wykładały ją na półkę! — dodała bardziej podniesionym głosem — leżała na regale i dotykali ją klienci oraz ich zasrane i zasmarkane bąbelki. Na koniec twoja szynka pokryta moczem oraz grubym, niewidzialnym kożuchem przeróżnych bakterii wylądowała na taśmie kasowej, po której dziennie przejeżdżają tysiące, równie ubabranych syfem artykułów — wywaliła z siebie i poczerwieniała z oburzenia.

— A ty na tej desce, obszczanej przez roboli z przetwórni zamierzasz kroić chleb? No chyba cię pogięło! — dodała oburzona.
Przytłoczony ogromną ilością argumentów zamilkłem. Usiłowałem wyobrazić sobie facetów obsikujących moją deskę do krojenia, ale wydało mi się tak niedorzeczne, że odpuściłem te fantazje. Wówczas przez głowę przeleciały mi obrazy z przeszłości, w których na kasowej taśmie kładłem nieraz bułki oraz bochenki chleba, a po wyjściu ze sklepu po prostu je żarłem. W sumie M miała rację. Aż dziw, że udało mi się przeżyć tyle lat w zdrowiu. Spuściłem głowę, usiłując okazać zrozumienie i pokorę. Wyszorowałem i umyłem detergentami deskę oraz wysuszyłem ją. M co jakiś czas wpadała do kuchni na szybką inspekcję, żeby sprawdzić, czy jej uwagi są na bieżąco wdrażane, a ja starałem się gasić w zarodku chęć położenia na desce czegokolwiek, co nie jest pieczywem. Podniosłem z podłogi opakowanie z szynką i podstawiłem pod kran z gorącą wodą, żeby oczyścić je z potencjalnych paprochów z podłogi. Kiedy skończyłem, odsunąłem deskę, żeby nie kusiła, umieściłem je na blacie kuchennym i zabrałem się za otwieranie. Wtedy niespodziewanie wpadła M. Rzuciła okiem na mnie w chwili, kiedy szarpałem się z folią opakowania.
— Czy ciebie porąbało? Kładziesz na blacie brudną szynkę? — wrzasnęła.
— Na blacie też nie można? — spytałem wystraszony.
— Można, ale umytą!
— Spłukałem ją gorącą wodą!
— Bez detergentu?
— A po co? Przecież spłuk…
— Wodą! No żesz! Myślisz, że sama woda zabije zarazki?
— Nie wiem… Nie jestem lekarzem…
Popatrzyła na mnie z wściekłością i wyszła, trzaskając drzwiami.
Śniadanie zjedliśmy osobno…

Rozdział II
Jajka grozy


Już na początku naszej znajomości dostawałem niemrawe znaki, żebym trzymał się z dala od jajek, ale bagatelizowałem je, traktując je w kategorii żartu. Nie zdawałem sobie sprawy, że kurze jajko niektórych ludzi może napawać grozą i przerażeniem. Na czele z moją M.
To był któryś z kolei wypad do osiedlowego marketu po jakieś duperele. M poszła na dział z sałatkami, a ja łaziłem po sklepie, przeraźliwie się nudząc, co chwilę uskakując, żeby nie zahaczyć nogą o kolejnego, rozwrzeszczanego bąbelka ćwiczącego biegi przełajowe między regałami. Spacerując bez celu, przypadkiem dotarłem do regału, na którym stały śmietanki do kawy. Przypomniałem sobie, że w lodówce zostało tylko jedno opakowanie, więc bez namysłu wyciągnąłem rękę po kartonik.

— Nie dotykaj! — usłyszałem krzyk zza pleców. Natychmiast zamarłem, jakby śmietanka okazała się zakamuflowaną miną przeciwpiechotną, która za chwilę urwie mi rękę razem z głową. — Zostaw i powoli idź na koniec regału! — trzymaj się prawej strony! — usłyszałem instrukcje. Nie wiedząc, co się dzieje, posłusznie ruszyłem na koniec regału. Przedtem jednak obejrzałem się za siebie, żeby zlokalizować powód dziwnego zachowania mojej M. Ogarnąłem wzrokiem teren za sobą i nie zauważyłem niczego, co miałoby znamiona zagrożenia. Oprócz kosza pełnego wytłaczanek z jajami, który częściowo tarasował przejście.
— No idź! — usłyszałem za sobą.
— Ale co się dzieje? — spytałem zdezorientowany.
— Widziałam…
— Co widziałaś?
— Widziałam, jak przechodziłeś, koło tego pojemnika z jajami. Otarłeś się o niego? Przyznaj się! — popatrzyła groźnym wzrokiem.
— Chyba nie… — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. — Nie pamiętam… — dodałem.
— Jak mogłeś nie pamiętać?
— Kiedy łazisz po zatłoczonym sklepie, zawsze się o coś, albo o kogoś otrzesz. Mogłem się otrzeć o kasze, mąki, bąbelka albo…
— W dupie mam kaszę — przerwała mi wzburzona — ja się pytam o te jaja… — wskazała na metalowy kosz.
— A co to za różnica, o co się otarłem — odparłem i zerknąłem na spodnie i kurtkę — ważne, że niczym się nie pobrudziłem — stwierdziłem z niewinnym uśmiechem.
— Co za debil… — syknęła — kiedy pytam o jaja, to nie bez powodu! A skąd masz pewność, że nie dotknąłeś jajek z salmonellą?
— Bo wątpię, żeby tutaj handlowali jajkami z salmonellą. To market, a nie targowisko — warknąłem zirytowany przedłużającym się dialogiem. — Te jaja z pewnością są badane. Poza tym, jak mogła przyjść ci do głowy myśl, że jeśli te jaja są zarażone salmonellą, a ja otarłem się o nie spodniami, to co? Salmonella to bakteria, a nie szympans. Nie będzie się wspinała po moich spodniach, a tym bardziej próbowała wpakować mi się do ust. — odpyskowałem.
— Gówno wiesz — odpowiedziała — wracamy do domu. Złapała mnie pod łokieć i ostrożnie wyprowadziła ze sklepu, uważnie patrząc, czy nie dotknąłem pojemnika z jajami.
Potem było już gorzej. Nie sądziłem, że strach przed salmonellą stanie się Naczelnym Strachem w naszym domu. Ktoś mógłby powiedzieć — takie tam pierdolenie… A ja na własnej skórze przekonałem się, że to nie przelewki. Przykład? Proszę bardzo…
Kiedyś zamarzyła mi się jajecznica na śniadanie.
Jajka kupuje wyłącznie M, bo zaopatruje nas tylko u sprawdzonego sprzedawcy (wcześniej zapewne poddała go badaniu wariografem), a przechowywane są, jak relikwie świętego Wojciecha. Jest to miejsce tajemne i oficjalnie tylko M ma do niego dostęp. Przyciśnięty potrzebą skonsumowania jajecznicy, jak Indiana Jones udałem się do garażu, gdzie prawdopodobnie były zachomikowane. Trafiłem w dziesiątkę. Otworzyłem jedną z wytłaczanek, wyjąłem trzy sztuki i polazłem do kuchni przygotować żarcie. Byłem sam, więc mogłem w zasadzie wszystko, choć dzięki dzwonkowi w mózgu, który przypominał o desce do krojenia, czułem, że mogłem prawie wszystko. Poszło gładko. Nadeszła godzina 15: 30 i pojawiła się moja M. Była miła i kochana. Do chwili, kiedy otworzyła szafkę na zlewem, w której mieściła się suszarka do naczyń. Szybko dostrzegła patelnię…
— Co smażyłeś? — spojrzała na mnie badawczo.
— Jajecznicę na śniadanie… — odparłem.
— Sam?
— Nie… Wpadł do mnie Makłowicz i podpowiedział parę myków, żeby smakowała niebiańsko — zażartowałem, zaskoczony pytaniem.
— Skąd wziąłeś jajka?
— Jak to skąd? Z garażu…
Na chwilę spasowała ze śledztwem. Oparła się łokciem o oparcie krzesła i milczała. Nastąpiła krótka, złowroga cisza.
— To teraz powiedz, jak to wszystko zorganizowałeś? — spytała, badawczo patrząc mi w oczy.
— No… Normalnie… — odparłem. — Przyniosłem jaja, a po…
— Trzymałeś je w palcach?
— Nie… W dupie. A w czym miałem je trzymać?
— Tak po prostu trzymałeś w palcach? Nie miałeś rękawiczek albo woreczka foliowego?
— Jakoś nie wpadłem na to…
— A jak z nimi szedłeś do domu, czym otwierałeś drzwi? — rzuciła, nie spuszczając ze mnie wzroku.
— No a czym miałem je otwierać? Przecież nie kutasem… — zarżałem.
— Czyli dotykałeś klamek?
— No tak…
— Debil — syknęła. Schyliła się pod zlew, wyjęła jakąś butelkę oraz szmatę i wyszła z kuchni. Po paru minutach wróciła. — A co było potem? — mruknęła.
— Ja pierdzielę… Potem położyłem jajka i wziąłem patelnię, masło…
— Gdzie je położyłeś?
— Co?
— Jajka! Gdzie je położyłeś! — prostego pytania nie rozumiesz?
— No na bla… O kurwa… — ugryzłem się w język.
— Czyli na blacie… — a nie mówiłam, że debil? Pokaż w którym miejscu! — ryknęła.
Wskazałem miejsce po lewej stronie kuchenki. M prysnęła czymś we wskazanym przeze mnie miejscu i dokładnie je wytarła. Następnie podeszła do szafki pod zlewem i zerknęła do śmietnika. Zauważyła skorupki po jajach, więc z szuflady wyjęła foliową torebkę i wcisnęła skorupki na dno wiaderka. Kiedy skończyła, otarła pot z czoła i oparła się plecami o szafkę.
— Kiedy znowu najdzie cię ochota na jajecznicę, daj mi znać dzień wcześniej. Sama przyniosę jajka i będą tu — otworzyła lodówkę, wysunęła jeden z dolnych pojemników — zrozumiano?
Skinąłem głową na znak, że rozumiem, choć zupełnie niczego nie rozumiałem. Może M ma jakieś traumy z dzieciństwa? Rzucano w nią jajami? Zaraziła się salmonellą? Nie dowiedziałem się. Ale wtedy na dłuższy czas wyłączyłem jaja z mojej diety…


Rozdział III
Życie intymne



Z biegiem czasu, początkowe, spontaniczne i dzikie zabawy w łóżku zmieniły się w bardziej uporządkowany akt płciowy. Niepohamowane żądze, które kiedyś gasiliśmy na stole kuchennym, masce samochodu lub podłodze, stały się bardziej okiełznane i planowane. To normalne zjawisko, więc nie ma się nad czym rozwodzić.
Owszem, czasem napięcie seksualne dawało o sobie znać, ale pojawiły się pewne perturbacje w kwestii jego zaspokajania. Pod naporem codziennych obowiązków, życie erotyczne znacznie zubożało, choć oczywiście, od czasu do czasu dopadała nas chuć. Niestety, czasem łatwiej było trafić szóstkę w totka, niż doprowadzić do wrzenia siebie i moją M.
Pamiętam momenty, kiedy seks wisiał w powietrzu. Wyczuwałem je jak wyżeł ranną kuropatwę. Moja M po kąpieli od dawna czekała na mnie w łóżku.
Ja w tym czasie brałem prysznic, rozmyślając o tym, co mnie niebawem czeka. Po kąpieli szorowanie ręcznikiem dwa psiki dezodorantem i lecę do sypialni. Wpadam rozpalony i skąpo ubrany.
— Wykąpany? — odrywa wzrok od książki i zerka w moją stronę.
— Jasne! Nie czuć? — odpowiadam z uśmiechem i czuję, jak rośnie we mnie… na mnie… nieważne.
— Zamknąłeś drzwi od łazienki? — spytała łagodnym tonem.
— Oczywiście kochanie… — odpowiadam zgodnie z prawdą.
— To idź umyć ręce — rozkazała. — Wiesz, ile na klamce bakterii? Chcesz mnie dotykać zainfekowanymi łapami ? No pomyśl! — popatrzyła na mnie jak na debila.
Bez słowa, powoli, wróciłem do łazienki. Umyłem ręce, wytarłem je ręcznikiem, wyszedłem i łokciem domknąłem drzwi. Po drodze poczułem pragnienie, więc wstąpiłem do kuchni i wziąłem łyk coli z drzwi lodówki. Wracając, uważałem, żeby niczego nie dotykać. Drzwi do naszej sypialni otworzyłem palcami stóp i zamknąłem je za sobą plecami.
— Tadammm… — zaintonowałem z tryumfem. Zrzuciłem klapki i runąłem na łóżko, tuż przy twarzy mojej M. Wyciągnąłem dłoń w kierunku jej twarzy, kiedy zdecydowanym ruchem ręki odsunęła ją.
— Byłeś w kuchni i otwierałeś lodówkę? — spytała tonem, jakby z góry znała odpowiedź.
— No byłem. Suszyło mnie, więc napiłem się coli. Niczego po drodze nie dotykałem… — odpowiedziałem zgodnie z prawdą. — wstałem z łóżka i wyprostowałem się jak szeregowy na widok oficera.
— Kłamiesz. Dotykałeś uchwytu lodówki… — wycedziła. — A wiesz, co to oznacza?
Zamurowało mnie i nie odpowiedziałem.
— To oznacza, że przez swoją głupotę mogłeś zarazić mnie salmonellą! — wyjaśniła wyraźnie wzburzona.
— Jak to? — wywaliłem gały ze zdziwienia. — Syfilis lub rzeżączkę mógłbym zrozumieć, ale salmonellę?
— Tak to, że w lodówce trzymamy jajka w pojemniku i pewnie nieraz po nie sięgałeś. W ten sposób przeniosłeś bakterie na uchwyt lodówki baranie! A teraz przeniesiesz je na moją waginę! Rusz czasem głową człowieku! — ryknęła i sięgnęła po tablet, uznając dyskusję za zakończoną.
Stałem przez chwilę zesztywniały od emocji. No prawie zesztywniały. Na moje nieszczęście, jeden z moich organów za cholerę nie chciał zesztywnieć. Akurat ten, który dzisiejszej nocy miał mieć swój show, a teraz wyglądał żałośnie, pełniąc funkcję wątpliwej ozdoby.
Przybity niepomyślnym rozwojem wypadków, wróciłem do łazienki, dokładnie wyszorowałem ręce, plecami zatrzasnąłem za sobą drzwi i wróciłem do łóżka. Sięgnąłem po czytnik ebooków i pogrążyłem się w lekturze, odpędzając natrętne, lubieżne myśli, bezproduktywnie kotłujące się głowie. W końcu zasnąłem…

Rozdział IV
Pandemia…


Pandemia okazała się młynem na wodę mojej M.i błogosławieństwem. Teraz mogła rozwinąć skrzydła sterylności i nieskrępowanie wdrażać swoje najbardziej niedorzeczne pomysły w życie, zasłaniając się wzmożoną ochroną rodziny przed infekcją. Była w siódmym niebie…
Kiedy ilość zakażeń i zgonów dramatycznie wzrosła, M zarządziła całkowitą izolację od społeczeństwa. Wówczas przeobraziła się w domowego, covidowego, führera.
W naszym domu zapanował terror…
Pamiętam, że w kółko puszczała popularną wówczas piosenkę, która stała się jej hymnem:
Koronawirusie, ty dostać chcesz tu się
Lecz my się nie damy,
Bo z domu się nie ruszamy…
Jednocześnie M uruchomiła produkcję domowego płynu do dezynfekcji i zaopatrzyła nas w maseczki. Codziennie sprawdzała, czy mam przy sobie kilka czystych sztuk oraz ich ilość w samochodowym schowku.
Początki pandemii wspominam jak koszmar. Mimo że M za pomocą denaturatu codziennie szorowała wszystkie klamki oraz włączniki świateł, co chwilę byłem wypytywany, czy zdezynfekowałem ręce. Szorowałem je kilkanaście razy dziennie, z każdym dniem czując coraz większy ból i szczypanie skóry. Przystopowałem, kiedy zorientowałem się, że w tym tempie, za tydzień, najwyżej dwa, doszoruję się do kości.
Kiepsko wspominam też wypady na grubsze zakupy. Na szczęście nieczęste, bo izolacja od ludzi byłą priorytetem. Zabezpieczony przed infekcją od stóp do głów, przypominałem antyterrorystę z ABW.

Przez zaparowane okulary niewiele widziałem, a szczelna kominiarka i maseczka utrudniała oddychanie i przytępiała słuch. W sklepie poruszałem się jak Robocop. Nastąpiły wtedy zmiany w mojej diecie. Ze względu na pandemię musiałem pożegnać się z pysznym chlebem z ulubionej, wiejskiej piekarni na rzecz ohydnego paczkowanego. Na pytanie dlaczego? Usłyszałem:
— Widziałeś tę babę z piekarni? Bierze do ręki chleb, kładzie na ladę, po chwili wydaje pieniądze i łapie kolejny chleb. — tłumaczyła M. — Chyba nie muszę ci tłumaczyć, czym są pieniądze?
W tym miejscu należy się pewne wyjaśnienie. Pieniądze w gotówce w naszym domu są czymś w rodzaju materiału promieniotwórczego. Dotykanie ich gołymi rękami, to jak lizanie poręczy na dworcach. W naszym domu banknoty oraz monety przechowywane są w podwójnym, foliowym woreczku i podaje się je lub przyjmuje przez folię, lub w rękawiczkach.
Chleb pieczony w marketach też jest na liście towarów zakazanych. Głównie za sprawą klientów dotkniętych niedorozwojem, które mimo jasnych i czytelnych informacji, żeby do pieczywa zakładać rękawiczki, wolą obmacywać pieczywo gołą łapą, chwilę pogrzebać w nosie i macać kolejne. Widziałem, więc nie protestuję i szanuję ten szlaban.
To samo dotyczy wędlin. Z tych samych powód dotyczących chleba. Od tego czasu w lodówce mam wyłącznie wędliny paczkowane. Można się przyzwyczaić…
Po zrobieniu zakupów następują procedury podobne do tych, jakim podlegają pracownicy zajmujący się usuwaniem odpadów promieniotwórczych. Dogłębna dezynfekcja odzieży, skóry, następnie siedzenia w samochodzie, kierownicy i lewarka. Potem powrót do domu, odstawienie zakupów w przedpokoju na parę godzin (nie dotyczy lodów), żeby zneutralizować potencjalne wirusy. Następnie bezdotykowe otwieranie drzwi łazienki, szorowanie rąk, twarzy i to w skrócie wszystko. Da się z tym żyć.
Po tych czterech latach życia w ciągłym napięciu i kontrolowaniu swoich zachowań czuję się w zasadzie zresocjalizowany. Owszem, zdarzają mi się chwile zapomnienia, kiedy przypadkiem siadam w spodniach na pościelonym łóżku. Wtedy otrzymuję ostrą reprymendę i wykład o tym, że byłem w tych spodniach w sklepie i mogłem się o coś lub o kogoś otrzeć. A przecież sypialnia to świątynia czystości, spokoju i relaksu, do której wstęp mamy tylko my, a jakiekolwiek inne organizmy oraz mikroorganizmy nie mają prawa w niej przebywać. Dotyczy to też fauny na moich spodniach. Siadać na pościeli mogę tylko w piżamie lub gołą dupą. Wiem to, ale stare nawyki czasem powracają.
Mam też świadomość, że gdybym mojej M opowiedział o tym, że w przeszłości byłem na przykład alfonsem, albo męską prostytutką, nie zrobiłoby to na niej dużego wrażenia jak to, że bardzo często i z ochotą wypijałem hektolitry napojów z ulicznych saturatorów i pożerałem kilogramy niedojrzałych i nieumytych przedtem jabłek. Wtedy pewnie wykopałaby mnie z domu.
Czasem leżę w łóżku, wgapiając gały w sufit i usiłuję sobie wyobrazić, co stanie się w czasie, kiedy coronavirus przestanie być problemem? Znikną maseczki, obostrzenia, zakazy, a my przestaniemy pachnieć denaturatem? Zobaczymy…
Najbardziej jednak martwi mnie to, jak wpłynie to na moją M. Będzie modlić się o kolejny wariant wirusa? Czy kiedy spotkany na ulicy znajomy przywita się podaniem ręki, moja M zareaguje zawałem, czy tylko zemdleje? Czy spacerując po lesie, zerwę z krzaka jeżynę lub borówkę, oberwę kopa w dupę, bądź blachę w czoło, a może jednak usłyszę — smacznego kochanie.
Wiem jedno. Czteroletni pobyt w obozie reedukacyjnym uczynił ze mnie silniejszym. Dostałem solidną lekcję z logiki i prawdopodobieństwa warunkowego. Owszem, mam wyprany mózg, ale pozostały mi wspomnienia beztroskich czasów, w których miałem bliski kontakt z naturą i rzucając się w ubraniu na łóżko, w dupie miałem to, czy moje spodnie miały kontakt z wytłaczanką po jajkach…



Papierowa "Omaha" już w sprzedaży...

 No i urodziła się...
Po kilkunastu dniach dopasowywania się do wymogów drukarni, składzie i oczekiwaniu na finalną okładkę, oto jest... "Omaha 06:29" w wersji analogowej...

 Szczerze mówiąc, cholernie się bałem, że coś pójdzie nie tak.
Zazwyczaj, kiedy jestem pewny, że nic złego nie powinno się zdarzyć, wtedy właśnie się zdarza. Tym razem naładowałem się tak potężną dawką negatywnej energii, że to musiało się udać. I uważam, że udało się...
 Wydanie Omahy w wersji ebookowej, jak dotąd spotkało się z pozytywnym oddźwiękiem. Udzieliłem wywiadu, a na stronie książkowego portalu lubimyczytac.pl pojawiły się takie oto wpisy:

    Szalenie ciekawy debiut literacki. Bardzo dobry debiut literacki! Ogromne poczucie humoru, świetne i rzeczywiste dialogi, napięcie, które trzyma i rośnie już od pierwszych stron, główni bohaterowie Jay i Bill, fabuła, no wszystko mi się podobało. A wydawałoby się, że temat przeniesienia w czasie już oklepany i nic nowego nie da się wymyślić. Niespodzianka, da się! Panie Autorze, majstersztyk.

  Jeśli szukacie ekstazy intelektualnej, uniesień duchowych czy też natchnionych prawd objawionych odpuśćcie sobie tę książkę. Nie dotykajcie. Najlepiej nawet nie oglądajcie okładki, bo jeszcze nieopatrznie wam się otworzy i zaczniecie czytać… a potem pretensje nie wiadomo do kogo. Jeśli jesteście naiwną pensjonarką, szukającą płomiennej miłości aż po grób, to też lepiej też się nie zabierajcie do lektury, bo tu ani romantyzmu, ani grobu. W tej książce trupy walają się gdzie popadnie, flaki zwisają dookoła a wszystko to w huku dział, kurzu i smrodzie. (…)
  (…) To książka o przygodzie. O marzeniu, żeby rzucić wszystko w diabły, pierdyknąć to całe nudne, nawet jeśli jest całkiem wypasione życie i wyjechać w Bieszczady. Nie, zaraz wróć. Bieszczady już nie modne. Teraz po prawdziwą przygodę jedzie się do Normandii. Żeby poczuć smak krwi, piach w oczach, oddech śmierci na karku. Żeby żyć przez WIELKIE Ż.
  (…)  Omaha to solidny kawałek dobrej zabawy. Czyta się szybko, łatwo i przyjemnie. Akcja toczy się wartko i bez przynudzania. Rzeźnicka precyzja w opisie walk nie obrzydza, da się czytać przy śniadaniu.

  (…) Omaha nie udaje, że jest wielką literaturą, która za wszelką cenę próbuje wcisnąć jakieś przesłanie, wpędzić czytelnika w dylematy moralno-egzystencjalne albo depresję. Jest pokręconą historią okraszoną niezłym humorem z domieszką absurdu stworzoną dla ogólnej uciechy gawiedzi. A więc bierzcie, czytajcie i dobrze się bawcie. 

  Uwielbiam styl M. Roqforta od kiedy natknęłam się na jego bloga. Rzadko spotyka się obecnie teksty pisane tak lekkim stylem i do tego z wyjątkowo oryginalnym poczuciem humoru. "Omahę" czyta się niemal na jednym wdechu. Pozwala przewietrzyć głowę od nadęcia i złotych myśli, które atakują już nie tylko z kart książek, ale i billboardów. Dla mnie też rewelacyjnym pomysłem było całkowite pominięcie wątków damsko-męskich. Cudo! Po prostu akcja - reakcja i dialogi. Kąśliwy, nieco niepoprawny, miejscami raczej krzywy humor dodaje całej historii kolorytu. I to tempo, które z każdym rozdziałem przyspiesza... I wielki plus za zakończenie. A skoro rewelacja, to dlaczego 8? Bo jak każdy debiut, i nie tylko debiut, miewa swoje słabsze momenty i super :) 


Dodało mi to sił i wiary, że pisanie ma sens,


... i od razu zabrałem się za kolejną powieść. Tym razem bez wojen, ale tak, jak poprzednio, z dodatkiem elementów fantastycznych. Spoko... Smoków ani elfów nie będzie. Będzie współcześnie, a głównym bohaterem będzie Walter, który wygląda, jak brat bliźniak Wilforda... 

legacy.com

W każdym razie pisanie mnie wciągnęło i chciałbym, żeby po mojej śmierci, oprócz kilku niezapłaconych faktur oraz góry odchodów, pozostało po mnie coś bardziej wartościowego. 
Jako self-publisher, oprócz pisania, muszę zatroszczyć się o sprzedaż moich płodów. Nie stać mnie na wywalenie 20 kafli tylko po to, żeby Omaha przez tydzień stała na półce Empiku z dopiskiem "Bestseller" i wciskać kit, że to wiekopomne dzieło.

https://retailnet.pl/

Dlatego muszę zaangażować swoją pomysłowość i życiowy spryt, którego akurat nie mam, żeby rozpowszechnić (czytaj: sprzedać) moją książkę wśród narodu.
Uważam, że nie mam się czego wstydzić, bo w starciu z mocno promowanymi książkami znanych autorów nie wypadam wcale gorzej, a nawet....  😎 No dobra. Sami ocenicie. 

Jak kupić papierową wersję "Omahy"? - Instrukcja

To proste...

Cena książki to 28,99 zł, plus przesyłka.

(W cenie oczywiście autograf i dedykacja, jeśli ktoś życzy sobie mojego wpisu. Za kilkaset lat taki wpis będzie wart krocie 😉 )

Wysyłka: 
Paczkomat - 12,99 zł, (najwygodniejsza forma moim zdaniem i przesyłki najszybciej dochodzą)
( Przy wysyłce paczkomatem będę potrzebował jedynie adres e-mail, numer telefonu komórkowego, oraz numer paczkomatu.)
Poczta Polska 9 zł.
Jeśli ma wysyłka będzie za granicę,  muszę wiedzieć gdzie, żebym znalazł najtańszą wysyłkę.

Wpłaty proszę kierować na firmowe konto mojego wydawnictwa:

47 1050 1764 1000 0092 7941 9528

Jeśli przelew będzie z zagranicy:

IBAN PL 47 1050 1764 1000 0092 7941 9528

Jako odbiorcę proszę wpisać: PHU Hitman

Adres odbiorcy: 84-239 Bolszewo, a w uwagach - książka Omaha 

...i to wszystko. Proste? Proste... A teraz dajcie się skusić, bo Omahę naprawdę fajnie się czyta. 😎


Zapytania w sprawie zakupu można kierować na mój e-mail roqfort@gmail.com, lub na Messengera na fejsie. Funkcjonuję tam, jak Mariusz Szczerbaniewicz - pisarz i wydawca
To profil publiczny. 

Na koniec, żeby nie zamęczać Was książką, z okazji Euro 2020 wrzucam zdjęcie naszego czołowego piłkarza, który wrócił właśnie ze spotkania z kumplami z Polski... 

















"Omaha 06:29" niebawem w wersji papierowej...


 Nie przypuszczałem, że w dobie czytników, papierowe wydania książek są jeszcze ciągle popularne. Okazuje się, że rzesza miłośników szelestu kartek oraz zapachu farby drukarskiej ciągle ma się dobrze i nie zamierza wymierać. 
Dawno temu pisałem o zaletach e-booków i ich niezaprzeczalnej przewadze nad książką "analogową".

Ebooki są cool… - link

Najwyraźniej nie wszyscy podzielają mój pogląd. Otrzymałem sporo zapytań o wydanie mojej książki w wersji papierowej, więc ogarnąłem się, ostro podziałałem i teraz mogę oficjalnie obwieścić jej narodziny, które powinny nastąpić pomiędzy 11 a 18 czerwca, czyli za ok. 2 tygodnie.
Parę dni temu przekazałem drukarni wszystkie materiały i teraz wolny czas wypełniam żarliwą modlitwą o dobrą jakość druku.
Kiedy cały nakład do mnie dotrze, w końcu będę mógł się skupić na dokończeniu dwóch kolejnych książek.
Jeśli ktoś z Was będzie zainteresowany zakupem wersji papierowej, można zamówić ją bezpośrednio u mnie, po uzgodnieniu szczegółów za pośrednictwem poczty (roqfort@gmail.com). Z pewnością będzie taniej, niż u dystrybutorów.
A pozostając w temacie książek...



Tymczasem spadam, bo pies domaga się spaceru, a mój organizm filiżanki aromatycznej kawy.
Hasta la vista...





"Omaha 6:29" – Powieść, którą napisałem, bo nie miałem co czytać...

A wszystko zaczęło się od snu…

Miewam porąbane sny, choć przyznam, że jeszcze nie takie, w których Ziobro w rozciągniętych, białych slipach goni mnie po supermarkecie.
Jednak jeden sen szczególnie utkwił mi w głowie. Do tego stopnia, że zdecydowałem się go spisać,  delikatnie przystroić, klepnąć w pupę na pożegnanie i w formie powieści wypuścić w świat. 

I tak powstała "Omaha 6:29"...

Oczywiście, nie obyło się bez wspomagaczy...

Książki, które ostatnio wpadły mi do kindle’a (z paroma wyjątkami), były dla mnie „nieczytalne”. Napotykałem na rozwlekłe opisy przyrody, od których oczy ropiały, a czytnik z łoskotem uderzał o podłogę.
Wtedy postanowiłem, że moja książka będzie, jak pistolet maszynowy kałasznikow. Konkretna i czytana bez zacięć. Zapragnąłem, żeby moja książka była rozrywką w czystej formie. Bez wiejskiej filozofii i głębokich przemyśleń w stylu Paulo Coehlo, od których puchnie mózg. 

W założeniu Omaha 6:29 to akcja, humor i krew... Mam nadzieję, że mi się to udało. 
Żeby zachować polityczną, neutralność akcję umieściłem w Stanach Zjednoczonych i w okupowanej Francji. 
Jako że mieszkałem w jednym i drugim kraju, pisząc, czułem pewną swobodę myśli. Żeby nie wyjść na dyletanta, pisząc o realiach D-Day, sporo czasu poświęciłem na gruntowny research i doszlifowanie posiadanej wiedzy. 
Musiałem grzebać w amerykańskim Archiwum Narodowym, czytać wspomnienia weteranów, poznać tajniki karabinu garand, 

usłyszeć dźwięk silnika czołgu sherman, obejrzeć naszywki kluczowych 
amerykańskich formacji   biorących udział w operacji Overlord i zgłębić wiele innych drobiazgów, bez których moja książka nie byłaby wiarygodna, a pasjonaci historii nie wytykali mnie palcami.

Na szybko zmontowałem też trailer mojej książki. Tu możecie go sobie obejrzeć...


Książka ma 305 stron i jest już w sprzedaży w postaci e-booka. Na razie na platformie Legimi, ale dojdą nowe kanały sprzedaży. Oczywiście, można ją zamówić bezpośrednio przez mój e-mail - roqfort@gmail.com. Oczywiście, w cenie promocyjnej...


https://www.legimi.pl/ebook-omaha-6-29-mariusz-roqfort,b657675.html

Wydałem ją sobie sam, bo stawki, jakie proponują wydawcy to śmiech na sali. Bardziej opłaca się zbierać jagody lub puszki po piwie... 
Jeśli zbiorę fundusze, wydam w formie papierowej.
Jeśli ktoś z Was ma już doświadczenie z self-publishingiem, chętnie posłucham porad.

A tymczasem, w przygotowaniu mam drugą pozycję. Zdradzę tylko, że tym razem będzie o Polakach w ujęciu pozagrobowym.
Tymczasem dziękuję za poświęcony mi czas i czekam na komentarze i sugestie... 








Musztarda rosyjska, czyli jak nie stałem się szmatą...

  Udało mi się przeżyć atak koronawirusa w lajtowej wersji omikron i aktualnie jestem w fazie tzw. covidowej mgły mózgowej. Tylko to może tł...

Najchętniej czytane