Bardzo osobisty wpis o tym, jak kończą ludzie pozbawieni zasad…

Czyli o nadkwasocie i rozczulaniu się nad sobą




Wczoraj przeżyłem horror. W środku nocy, z jaki bólu niespodziewanie mnie dopadł, nie mogąc zasnąć, najpierw eksplorowałem niebo nad Londynem, potem kiedy ból przybrał na sile, nauczyłem się chodzić po ścianach.
Z godziny na godzinę było coraz gorzej. Klata paliła, jakbym się nażarł gorącego asfaltu, do tego doszedł ból pleców. W takich chwilach przeciętny facet nerwowo szuka świętych obrazków z Jezusem, a kiedy znajdzie, siada na łóżku i czeka na światło w tunelu.


Ja jednak postanowiłem się nie poddawać. Do tej pory choroby szczęśliwie mnie omijały, ale tym razem, ale dobra passa minęła.
Dotychczas zdrowy, nie zaprzątałem sobie umysłu chorobami, stąd moja wiedza na ich temat jest taka sama, jak wiedza na temat rozmnażaniu się dafni.
Sięgnąłem po Google, gdzie możliwie najdokładniej opisałem objawy, a kiedy wyskoczyły mi wyniki, ogień w mojej klacie płonął jakby mocniej.
Nie wgłębiając się w szczegóły, ze strony na stronę, moja choroba ewoluowała. Miałem raka trzustki, żołądka, stan przedzawałowy, wrzody dwunastnicy, oraz zapalenia macicy....
Żeby do reszty nie oszaleć, postanowiłem skorzystać z usług profesjonalistów i udać się do szpitala, żeby pozbyć się złudzeń, i mieć czas na uporządkowanie spraw doczesnych.
Z braku samochodu, do szpitala udałem się rowerem w czasie ulewnego deszczu, co chwilę wypluwając wodę i modląc się, żeby zdążyć przed śmiercią, której zimny, trupi oddech czułem na plecach. 


Na szczęście miałem szybszy rower i skończyło się na strachu.
Po dwudziestu minutach ostrego pedałowania ociekający wodą, z siwą brodą zmierzwioną deszczem i wiatrem, jak Posejdon, z pompką w dłoni zamiast trójzębu, stanąłem w drzwiach recepcji szpitala.
Lekko słaniając się z wyczerpania, podszedłem do biurka recepcji, gdzie siedziała kobieta o urodzie Halle Berry.
Po dokonaniu formalności i pobraniu numerka, usiadłem, czekając na swoją kolej. Ból w ogóle nie ustępował. Nie poddał się Syndromowi Białego Fartucha jak bóle zębów, które w magiczny sposób błyskawicznie ustępowały w poczekalni u dentysty. Ten był uparty i niewzruszony, a otoczenie szpitala i jego atmosfera nie robiły na nim żadnego wrażenia.


W trakcie oczekiwania na swoją kolej, moje myśli krążyły wokół życiowego résumé.
Dopiero teraz zrozumiałem, ile czasu zmarnowałem na bezsensowne szydzenie z ekologów, homoseksualistów i religii, zamiast zająć się gaszeniem mnichów w Tybecie, ratowaniem rzadkich gatunków żółwi,  czy zabijaniem wielorybników…


Po niecałym kwadransie babrania się i onanizowania życiowymi błędami, z zamyślenia wyrwał mnie przesympatyczny, biały lekarz o skąpym imieniu Matt.
Po wymienieniu paru zdawkowych pozdrowień w rodzaju how you doin’ itp., z uprzejmości zapytał, skąd jestem, i to był błąd.
Powiedziałem, że jestem Polakiem, a mogłem udawać Luksemburczyka albo Maltańczyka.
W związku z tym,  zamiast dowiedzieć się o tym, co mi jest, co mi grozi, i ile życia mi zostało, dowiedziałem się, że żubrówka jest zajebista, polskie laski też, i że Matt był kiedyś w Krakowie.
Po grze wstępnej przeszliśmy w końcu do badań właściwych.
Badań wszystkiego, z wyjątkiem poniżających badań odchodów.
W tym celu udawaliśmy się do różnych gabinetów, w których stały stosowne urządzenia. W trakcie przygotowań do badania EKG, Matt z uśmiechem paskudnie ogolił mi fragmenty klaty metodą losową, i teraz kiedy patrzę na siebie w łazience, przypominam hienę po walce z pawianami, w dodatku chorą na paskudną odmianę łysienia plackowatego. Bleh...


Rekompensatą za to upodlenie było stwierdzenie, że serce mam w bardzo dobrym stanie.
Po wykonaniu wszystkich badań i sprawdzeniu wyników Matt stwierdził, że to na co choruję, to reflux, czyli mówiąc prościej, nadprodukcja kwasów z powodu niedyspozycji jakiegoś zwieracza w przełyku. Nigdy nie uprawiałem seksu oralnego z mężczyzną, więc nie miałem pojęcia, jak doszło do uszkodzenia tego zwieracza...


Matt uspokoił mnie jednak, mówiąc, że to bardzo popularne schorzenie i że cmentarze aż pękają od nieleczonych na reflux, i nawet on na to choruje.
Następnie zalecił zmienić dietę. Inaczej mówiąc, mam unikać:

Świeżych owoców – dam radę
Napojów gazowanych – luzik
Kawy – takiego wała


Papierosów – po moim trupie
Słodycze – jakoś spróbuję
Ostre przyprawy – to wolę umrzeć.


Pomidory, boczek, cebula – bez sensu takie życie…
Ze szpitala wyszedłem z mieszanymi uczuciami,
Perspektywa porannego picia wywaru z siemienia przypominający japońskie praktyki seksualne typu Bukkake,  


oraz maczanie sucharków w mineralce, zamiast rozkoszować się ukochanym, palącym w ryja bograczem, bądź pieprzną zapiekanką z ziemniaków i boczku powoduje, że chyba gotów jestem podjąć ryzyko, i poświęcić długość życia za cenę jego jakości.





Multisensoryczna przygoda z larwą i pawiem w tle...

Czyli o kuchennych dewiacjach i tęsknocie za plackiem ziemniaczanym...



Pisałem swego czasu o nowatorskich trendach i pogoni za niezwykłością w polskiej kuchni, nie kryjąc przy tym obrzydzenia do idei przygotowywania potraw za pomocą ciekłego azotu i stosowania składników, na które od samego patrzenia zbiera mi się na wymioty.
http://roqfort666.blogspot.co.uk/2014/12/policzki-molekuy-mikrochirurgia-i.html
W tym czasie, czołowy kucharz TVN Modest Amaro primo voto Basiura, rozwinął się medialnie i aktualnie przechodzi etap celebryty. Ostatnio widziałem go reklamującego farby do ścian, ale Modest jest ciągle na fali, więc na farbie z pewnością się nie skończy.


Jego popularność idzie w parze z nabijaniem kabzy, czego Amaro nie ukrywa, chętnie pozując do zdjęć ze swoim nowym Porsche.



Myślałem, że to, co Modest wyprawia w kuchni, jest czymś równie bezsensowne co kretyńskie, i że pod tym względem nikt nie jest w stanie go przeskoczyć.
Myliłem się…
Znalazła się bowiem osoba, która także chciałaby reklamować farby, jeździć Porsche i występować w telewizji. Jest nią Aleksander Baron z Warszawy. 

http://www.marekkondrat.pl/
Aleksander bardzo się stara, żeby jego wynalazki nosiły rys niesamowitości i wyjątkowości, dlatego do przyrządzania potraw używa składników, które przeciętny Polak wyrzuca do kubła na śmieci. Przy nich przegrzebki i inne wynalazki Modesta są niewinne jak  cmentarne lilie.
Że tylko wymienię kilka, które najmocniej na mnie podziałały: skóra z dorsza, kożuch z mleka, baranie jądro...
Więcej poniżej:
http://magazyn-kuchnia.pl/magazyn-kuchnia/56,139803,16216323,Baranie_jadro__maslo_rozmarynowe__cukier_lawendowy,,7.html

Pomijam fakt, że na talerzu poszczególne dania prezentują się równie apetycznie, co bielizna żula. Niektóre przypominają archeologiczne znaleziska z okolic Biskupina, 

http://magazyn-kuchnia.pl/
 inne pooperacyjne resztki woreczka żółciowego, 

http://magazyn-kuchnia.pl/
...lub współczesną rzeźbę przedstawiającą podstępnie gwałconego dorsza.

http://magazyn-kuchnia.pl/
Nawet nazwy tych potraw bardziej zachęcają do zastanowienia się nad przemijaniem niż do ich spożycia.
Jak przystało na kuchnię wykwitną, porcje są perwersyjnie mikroskopijne i drogie. Aż dziwne, że do prawie niewidocznych porcji, wina nie podają do ust kroplomierzem...

Trzeba jednak przyznać, że czytając życiorys Aleksandra, zrobił na mnie wrażenie:
[...] Studiował Historię Sztuki na UW i Rzeźbę w ASP. Handlował biżuterią w USA, spekulował na giełdzie, współtworzył Muzeum Bursztynu na Karaibach, a w Szkocji kierował obsługą sali podczas urodzin Elżbiety II. W 2010 roku otworzył na warszawskim Powiślu restaurację Solec [...]
Natknąłem się niedawno na artykuł w Metro Warszawa, gdzie pewna (podobno) znana blogerka została zaproszona przez pana Barona na degustację jego wyjątkowych potraw.

http://metrowarszawa.gazeta.pl/metrowarszawa/1,141634,18320624,froblog-krytykuje-baron-to-bylo-dziwne.html#MT

Okazało się, że nie tylko ja jestem malkontentem, skoro nawet specjalistka z branży gastro odeszła od degustacyjnego stołu mocno zdegustowana.
Czytając artykuł, co chwilę przecierałem oczy ze zdumienia. Nie zdawałem sobie sprawy,  że na świecie dochodzi do takich gwałtów na normalności.
Niecodzienność całego wydarzenia, a raczej instalacji kulinarnej, szef kuchni skomentował:
[…] Pragnę uściślić już na samym początku, że Mouth-to-nose to nie była w zamyśle zwykła kolacja, a multisensoryczne doświadczenie, które jako pierwsi w Polsce zaprojektowaliśmy i przeprowadziliśmy z Martą Siembab, jedynym polskim senselierem i wine coachem Michałem Więckowiczem […]
Zrozumiałem, że jestem prostakiem, który kiedy jest głodny, prawie w biegu zapycha swój żołądek byle gównem z marketu, zamiast przeżuwać multisensorycznie w asyście senseliera i wine coacha. 
Owszem, znałem kiedyś Stefana z parteru, który bez względu na porę roku, miał niezwykle ogorzałą twarz, na winach jadł wszystkie zęby, a od siarki miał żółte włosy. Był wtedy kimś w rodzaju osiedlowego wine coacha. To od niego dowiedziałem się, że najtaniej i najskuteczniej można było  ujeb*ć się  „Różą Kłodzką” o smaku ananasowym. Niestety, Stefan znał jedynie wina krajowe, poza tym już nie żyje...


Pochłonięty lekturą, coraz bardziej zanurzałem się w klimatach rodem z powieści fantasy:
[...] Jej pojawienie się na stole (szczeżui) poprzedził zainicjowany przez senselierkę rytuał związania nadgarstków wstęgami zanurzonymi w pochodzącej z Iranu zielonej żywicy galbanum, której surowy, dymno-zielony zapach towarzyszył interakcji z jedzeniem i piciem, [...]


Dalej było jeszcze ciekawiej, bo pojawiły się elementy horroru, oraz pogańskich obrzędów:
To już był prawdziwy hardcor, który zrył mi beret:
[...] Na pytanie, skąd pomysł, żeby zaserwować gościom larwę trutnia, do tego podaną na lewej dłoni, odpowiedział: - Było to danie dość wyjątkowe ze względu na sposób podania. Na samym początku Marta Siembab przystawiła na nadgarstku każdego gościa ręcznie zwinięty stempel nasączony olejem cedrowym z gór Atlas. Następnie wyserwowane zostało danie. Każda z trzech osób podających potrawę miała swoją odrębną funkcję - jedna przemywała dłoń i nakładała na nią pianę ze słonecznika, druga nakładała plaster miodu, a trzecia nakładała na niego larwę trutnia. Całe danie było dobrze skomponowane zarówno pod względem wizualnym, jak i smakowym. A larwa trutnia to po prostu białko - jest słodka, ma mleczny posmak. [...]


…po tym tekście przypomniałem sobie, że sam także eksperymentowałem z owadami, bo jako dziecko robiłem koktajle z mrówek i gąsienic i zrobiło mi się wstyd, mimo że ich nie piłem…

Zaproszona blogerka podobnie jak ja, chyba nie dorosła do geniuszu kucharza Barona, bo ucztę,  która w domyśle miała ją rzucić na kolana oraz jej twórcę oceniła tak:
[…] Z Mouth to nose wyszłam głodna. Poszliśmy potem na kolację. Być może powinnam zapomnieć o tym wydarzeniu, uznać, że Pan się gdzieś unosi, odlatuje w krainę dziwności i kontrowersji. Każdemu wolno iść swoją drogą. Postanowiłam jednak spróbować to Panu przekazać, bo może Pan tego nie widzi" […]
Wiem, że najłatwiej krytykować. Zwłaszcza komuś, kto sam potrafi jedynie ugotować parówkę, usmażyć jajka, a czasem nawet rozmrozić pierogi z marketu.
Ktoś powie, że świat się zmienia i kuchnia niby też.
Opisywani szefowie kuchni to faceci z jajami. Kuchenna awangarda wyważający kolejne drzwi.
Nie jakieś  "saszety z ekodermy w łapie i fiatem palio na strzeżonym", których wyobraźnia kulinarna sięga nie dalej, niż do pierogów mamusi, i schabowych z ziemniakami od babci. Być może...




Ale siedzę sobie trochę skołowany skromnie na krześle, patrzę w okno i zastanawiam się, ilu na tym świecie tuła się takich Modestów i Aleksandrów, którzy czekają na swoją szansę?
I coś mi podpowiada, że te molekuły, ciekły azot, larwy trutni, czy skóra z dorsza, to zaledwie początek. Może za rok takie dania spowszednieją, i kiedyś będąc na dworcu zamiast banalnego kebaba, strzelę sobie tortillę z podwójnym jądrem, albo szaszłyk z larw?


 Wyższe sfery zajadać się będą wtedy sałatką z czapki bejsbolówki, musem czekoladowym podawany w przepoconym trampku, i innymi wynalazkami.
Zwykła wyobraźnia tego nie ogarnie. Niezwykła oraz bujna też. Chyba tylko chora da radę…


Facebook na tęczowo...

Czyli gorzkie wyznanie starego homofoba...




Wielu Polaków uważa obywateli USA za nieokrzesanych debili, amerykańską kulturę za wsiową, jednocześnie kiedy za oceanem decyzją Sądu Najwyższego małżeństwa homoseksualne stały się legalne, moi znajomi na fejsie (na szczęście nie wszyscy) z dumą „przyodziali” swoje zdjęcia profilowe w tęczowe barwy, na znak solidarności z „sodomitami”…

Zdaję sobie oczywiście sprawę z tego, że więcej w tym demonstracji mającej pokazać światu, jacy jesteśmy tolerancyjni i otwarci, niż rzeczywistego stosunku do zagadnienia, które w mniemaniu wielu osób sprowadza się do oglądania wesołych, tańczących, półnagich osób z tęczowymi flagami w trakcie przeróżnych parad. I na tym ich wiedza o zjawisku zwanym LGBT przeważnie się kończy.


Ja nie dość, że nie poddałem się presji otoczenia i ogólnemu patosowi, to mam wręcz ogromną ochotę przywalić w gębę tolerancji dla dewiantów, co niniejszym czynię.


W końcu nawet tolerancja musi mieć jakiś granice. Wszak po otwarciu furtki dla gejów, lesbijek czy  transseksualistów, niedługo zaczną się odzywać zoofile, pedofile i nekrofile. I co wtedy? Dlaczego geje mogą wychodzić za mąż/żenić się, a pan Zdzisław z Sochaczewa, od lat żyjący w ukryciu w związku z kozą Bożenką już nie? Czy ich uczucia się nie liczą? 


Tak, jestem konserwatystą, bo wychowany na tradycyjnych wartościach, gdzie męski siusiak w naturalny sposób, od początków ludzkości przypisany był do siuśki. Tak to sobie Natura wymyśliła, i nawet sam Bóg ma tu niewiele do gadania, o ile w ogóle istnieje.


Wszelkie inne kombinacje uważam za dewiacje, choć rosnąca grupa naukowców i lekarzy od lat stara się wmówić, że dewiacjami nie są.
Nie trzeba być szczególnie uzdolnionym z biologii, żeby wiedzieć, że tylko ze związku kobiety z mężczyzną „wykiełkuje” potomstwo. Natura ma gdzieś, czy dobrze nam z naszą płcią, czy nie. Jeśli będziemy próbowali ją oszukać, znajdzie sposób, żeby utemperować chore zapędy. Wystarczy przypomnieć sobie falę zachorowań na AIDS, która zabrała z tego świata między innymi, wielu moich idoli..


Wiem, że geje i lesbijki, oraz transwestyci istnieli od zawsze, ale mając świadomość swojej (delikatnie mówiąc) nietypowości zainteresowań, swoje sekrety trzymali w domu. Teraz to się zmienia, i to mnie niepokoi najbardziej. Wstyd zmienia się w demonstrację.
Ba… Odnoszę wrażenie, że homoseksualizm niedługo stanie się modny jak tatuaż. Jedno i drugie nie wymaga specjalnego wysiłku intelektualnego, a winduje nas w oczach znajomych i otacza nimbem wyjątkowości. Choć nie. Tatuaże ma już prawie każda kasjerka sklepowa, więc to chyba zły przykład…
Zaś lobby „homosiów” z rok na rok rośnie, przy coraz większym wsparciu, głównie młodszego społeczeństwa, które z radością poprze wszystko, co ma w sobie słowo "wolność"...


Dzięki temu, prawa dewiantów systematycznie się rozszerzają, a ludzie o konserwatywnych poglądach coraz rzadziej mogą z tym zjawiskiem się nie zgadzać. 



Już dziś, za określenie „pedał” można mieć sprawę w sądzie, a łatka homofoba potrafi wykluczyć nas z kręgu znajomych.
O ile portale społecznościowe roją się od ludzi tolerancyjnych, to jest to tolerancja raczej na pokaz. Bycie tolerancyjnym jest modne i w dodatku jest czynnością bezwysiłkową.
Polskie ulice, są jednak bardziej szczere w swoich wypowiedziach na temat homoseksualizmu.


W Rosji jest podobnie.


 Nie, żebym pochwalał przemoc. Po prostu mają "niemodne" prawo i tyle na temat.
W niektórych krajach jest znacznie gorzej, bo za bycie "tęczowym" można stracić życie...


Pisząc to wszystko, zdaję sobie sprawę, że walczę z wiatrakami. Tama mocno popękała, i niebawem zacznie się potop.


 Nie jestem typem seksualnego purytanina.
Po prostu pewne rzeczy napawają mnie obrzydzeniem. To pewnie trauma z czasów podstawówki, gdzie w miejskich szaletach nie można się było spokojnie odcedzić, bo godzinami wystawali tam dziwni, o poczerwieniałych twarzach, śliniący się panowie, puszczający do chłopców oczko...
Dla ludzi mojego pokolenia trudno zaakceptować liżących się na ulicy chłopców, czy piosenkarki z brodą. Najgorsze w tym jest to, że homoseksualizm jest wręcz promowany przez media, podobnie jak sport czy zdrowe żywienie. Wcale się nie zdziwię, kiedy pewnego dnia, w programie "Kawa czy herbata" pojawi się pan X, który opowie widzom o zdrowotnym wpływie penetracji okrężnicy na pracę układu wydalniczego...
 Dojdzie do tego, że heteroseksualiści zejdą do podziemia.
Sytuacja staje się chora...


Życie nie przygotowało mnie na takie dziwolągi, i dlatego trudno zaakceptować mi coś, co kojarzy mi się z obleśnością, wulgarnością i wywołuje odruchy wymiotne.
Nie moja bajka. Mogę tolerować angielską kanapkę z czipsami, mniejszości etniczne lub religijne, ale nie potrafię zaakceptować  faceta, który wygląda jak baba, która wygląda jak facet...
Przecież nie muszę...


Dlatego w odpowiedzi na "tęczową" akcję fejsbuka wrzucam tęczowego Reksia...



Mały update.
Dziś dowiedziałem się, że moja homofobia jest tylko parawanem dla wstydliwego sekretu, o którym dotychczas nie miałem pojęcia.
Po tym co przeczytałem, czuję się jak Stirlitz w Kancelarii Rzeszy...

http://swiat.newsweek.pl/homofobi-ukryci-homoseksualisci-,artykuly,366350,1.html#fp=nw













Parę naiwnych pytań szarego obywatela…

 Czyli o tym, jak z sera podlaskiego przeszedłem na Cheddar i dlaczego…




Od ostatniego wpisu minęło trochę czasu, bo zmiany, jakie zaszły w moim życiu były dość rewolucyjne. 


Wielokrotnie pisałem jak trudno być Polakiem w Polsce, a jeszcze trudniej być w niej, choć umiarkowanie szczęśliwym. Decyzję o wywieszeniu białej flagi podjąłem w momencie, kiedy kieszeń zaczęła świecić pustkami, a ja coraz częściej zacząłem zazdrościć Somalijczykom, którzy też lekko nie mają, ale nie mają też urzędów w rodzaju ZUS czy US. Każdy z nich trzyma pod poduszką kałasznikowa, i dzięki niemu zarabia na przysłowiowego mielonego z ziemniakami. Niełatwy to kawałek chleba, ale przynajmniej prosty.


Z ciągłego narzekania wyżyć się nie da, dlatego spakowałem się, i wybrałem wariant najprostszy – wypizd za granicę.
Wylądowałem tradycyjnie w Londynie, który na starość stał się moim drugim domem. Wiele razy go przez to znienawidziłem, bo stał się czymś w rodzaju nałogu. 


Nie znoszę go, bo pożera moje życie, skazując na życie z dala od najbliższych, a żyć bez niego nie potrafię, bo Polska ma mnie głęboko w dupie.
Dla polskich polityków najważniejsze są problemy ekonomiczne Grecji i zbliżające się wybory parlamentarne, i jak sięgam pamięcią, zawsze mieli wyjeb..e na bolączki szarego obywatela.
A teraz przejdę do tytułowych pytań.
Dlaczego, po jednym telefonie do pracodawcy, już na drugi dzień po przylocie do UK, siedziałem w pracy przy biurku, sącząc kawę, za niemal przeciętną angielską pensję, a przez ponad rok pobytu w Polsce wysyłając dziennie po parę CV i listów motywacyjnych, jedyne co uzyskałem, to propozycję pracy na stanowisku redaktora znanego serwisu za 1750 złotych miesięcznie, plus darmowe karnety na siłownię?
Jako ciekawostkę dodam, że właściciel firmy w której pracuję, podarował mi nowiutki rower i wręczył mi awansem tygodniówkę, żebym mógł w miarę bezboleśnie wystartować w nowej, brytyjskiej rzeczywistości.
...i wtedy poczułem się doceniony… 


Dlaczego nie będąc obywatelem Wielkiej Brytanii, telefonicznie, w ciągu niespełna pięciu minut zarejestrowałem się u lekarza, przeszedłem bezpłatne badanie bez konieczności stania w kolejce, i w tym samym dniu otrzymałem receptę na leki?
W Polsce potrzebowałem stosów zaświadczeń, których zbieranie zajęłoby mi parę miesięcy, a i tak nie uzbierałbym wszystkich, z braku pieniędzy na podróże.


Dlaczego za lekarstwa, które wystarczą mi na trzy miesiące kuracji, tu zapłaciłem równowartość niespełna półtorej godziny pracy, a w Polsce miesięczna dawka kosztowała mnie stówę?
Udogodnień, zwłaszcza dla ludzi po pięćdziesiątce jest więcej, ale wolę nie denerwować moich czytelników J
To tylko trzy proste pytania, a zawierają w sobie odpowiedzi na to, dlaczego tak wielu Polaków zniechęconych niełatwym życiem w Ojczyźnie, zamiast łudzić się, że kiedyś będzie lepiej, inwestuje w torby bagażowe i bilety lotnicze. 

Foto: East News/Glow Images
Można nazwać takich szczurami, sprzedawczykami, zdrajcami, obrażać „zmywakami”, ale życie ma się jedno, i czy warto marnować je na szarpanie się z urzędnikami i wyzyskiem pracodawców, którym ręka drży, kiedy zmuszeni są zapłacić pięćdziesiąt złotych za uczciwie przepracowane nadgodziny?
O emeryturach w Polsce też kiedyś pisałem. Nie ma co liczyć na kokosy, choć jak informuje „Wyborcza”, w przyszłym roku rząd zrewaloryzuje emerytury, które wzrosną przeciętnie o... jedenaście złotych. Już widzę, te stada napranych jak bąki, hałasujących emerytów, wracających nad ranem z kasyn…


 Nie twierdzę, że jestem w raju. Twierdzę natomiast, że czuję się, jakbym był w kraju normalnym. Wygląda na to, że dla mnie sama normalność już jest rajem. 
Nie twierdzę też, że jestem mega szczęśliwy, bo nie jestem. Tu jak na razie mam zapewniony normalny byt, czyli podstawę wegetacji. W Polsce zostawiłem rodzinę i najbliższych. Niełatwo żyć w oderwaniu od tego co się kocha, za czym się tęskni.
Tymczasem cieszę się drobnymi rzeczami. Ot, choćby bezkarnym przechodzeniem przez jezdnię na czerwonym świetle, bez obawy, że za chwilę zza krzaka wyskoczy rozradowany strażnik miejski albo policjant, żeby wręczyć mi mandat.


Paradoksalnie, biorąc pod uwagę zarówno płace, służbę zdrowia oraz opiekę socjalną, w obcym mi  kraju czuję się znacznie bezpieczniej, niż w Polsce, której jestem obywatelem. Nawet nielegalni imigranci trafiają do Polski prawdopodobnie tylko dlatego, że nie uważali na lekcjach geografii...


Popieprzone to wszystko, ale life goes on. Teraz spadam do wyra, a niedługo pewnie znowu coś skrobnę...






"Zgnilizna" oficjalnie już w sprzedaży...

  Cóż więcej mogę dodać? Może to, że jest dostępna w każdej księgarni, a także to, że mój wydawca zatroszczył się także o wydanie jej w form...

Najchętniej czytane