Dzienniczek znaleziony w koszu na pewnym osiedlu...



Tydzień Pierwszy

Dostaliśmy dziś pismo, że nasza spółdzielnia mieszkaniowa bierze udział w narodowym programie „Muzułmanin w każdym domu”.
W najbliższych dniach mamy się spodziewać wizyty komisji zasiedlającej, która ma sprawdzić, czy nasze mieszkanie spełnia kryteria.
Oboje z Haliną czujemy ekscytację oraz tremę. Jesteśmy bezdzietni i w dodatku rzadko nas ktoś odwiedza. Istnieje szansa, że nasze życie odzyska sens i koloryt.

Tydzień Drugi

W oczekiwaniu na komisję, Halina wzięła tydzień urlopu. Zawzięcie sprząta mieszkanie, a w wolnych chwilach studiuje książki „Kuchnia muzułmańska”, „Życie i obyczaje w krajach arabskich”.
Ja po pracy zaszywam się w sypialni, studiując „Islam na przestrzeni dziejów” oraz „Koran”.


W środę w końcu odwiedziła nas osiedlowa komisja w trzyosobowym składzie. Dokładnie obejrzeli nasze mieszkanie i chyba wypadliśmy dobrze, bo na koniec wręczono nam ulotkę o kulturze i zwyczajach na Bliskim Wschodzie, oraz obiecali, że o ile prezes się zgodzi, do końca tygodnia otrzymamy oficjalne pismo o dokwaterowaniu rodziny arabskiej.
Jeśli decyzja będzie pozytywna, mamy w trybie pilnym, tymczasowo usunąć święte obrazki oraz krzyże z widocznych miejsc, a spółdzielnia dostarczy nam drugą lodówkę na żywność dozwoloną dla muzułmanów.
Halina jest wniebowzięta, ja trochę mniej, bo nie wiem, czy podołamy takiemu wyzwaniu. Nawet nie wiem, ile osób nam dokwaterują…

Tydzień Trzeci

Jest oficjalne pismo. W sobotę dokwaterują nam rodzinę z Syrii. Małżeństwo z trojgiem dzieci. Halina szaleje ze szczęścia, bo zawsze marzyła o dzieciach, a nie mogła mieć własnych. Przez cały dzień puszcza arabską muzykę i nie bacząc na sporą tuszę, ćwiczy taniec brzucha. Nastrój staje się euforyczny. W dodatku Kurasiom z przeciwka mają dokwaterować Kurdów. Wreszcie będzie z kim pograć w brydża albo monopol.
Czuję, że będzie dobrze…

Tydzień Czwarty

Już są. Ahmed, Tahira i trójka dzieci. Niestety, imion nie zapamiętałem. Bardzo żywe dzieci. Dotąd nie udało mi się zobaczyć ich wszystkich razem. Ahmed ma dość długą brodę i wygląda jak wysuszony słońcem pasterz. Tahira ma sporą nadwagę i piwne oczy. Ze względu na niezwykle szczelny strój, tylko tyle mogę o niej powiedzieć.


Przy wejściu Ahmed wręczył mi kartkę, gdzie napisano po polsku – „zapytać, w którym kierunku jest Mekka”.
Na szczęście w moim telefonie wbudowany jest kompas, więc szybko ustaliłem kierunek. Okazało się, że Mekka jest na wprost miejskiej spalarni śmieci. 


Ahmed dziękuje za pomoc oszczędnym uśmiechem, a Halina oprowadza Ahmeda i jego rodzinę po mieszkaniu, prowadząc ich do pokoju, w którym będą mieszkali.
To biedni ludzi, bo cały ich dobytek mieści się w dwóch, niewielkich jutowych workach. Zaraz po wejściu do pokoju, Ahmed wyciąga zza pazuchy niepozorny dywanik, kładzie go na podłodze i zaczyna się żarliwe modlić.


Jego uradowane dzieci po chwili wybiegły przed blok i bawią się zeschniętymi, psimi odchodami. Halina twierdzi, że dzieci pustyni z braku playstation tak mają i że to z pewnością bardziej pobudzająca wyobraźnię zabawa, niż siedzenie jak debil z dżojstikiem i nawalanie Szwabów.
Nie mam pojęcia, w jaki sposób psie gówno miałoby pobudzać dziecięcą wyobraźnię, ale ja się nie znam na dzieciach…
Tymczasem obiecana lodówka niestety nie dotarła, dlatego zmuszony jestem udostępnić gościom naszą. Ahmed za pomocą patyka skrupulatnie wskazywał, które produkty powinny zniknąć z lodówki. Do pozostania w niej zakwalifikowało się tylko mleko i kostki lodu. Kiełbasy, pasztet od teścia i boczek zaniosłem do pana Wacka, sąsiada z dołu, któremu nie przyznano imigrantów. Bardzo się ucieszył z niespodziewanego podarunku.
Halina gruntownie myje i odkaża lodówkę według wskazówek Ahmeda…
Zauważyłem, że od kiedy mamy nowych lokatorów, całe mieszkanie oraz klatka schodowa  pachnie niedrogim, kadzidlanym orientem…


Tydzień Piąty

Ahmed i jego rodzina raczej nie tryskają entuzjazmem. Siedzą w dużym pokoju na podłodze i ciągle się kłócą.
Ich dzieci całe dnie spędzają na trawniku przed blokiem, zawzięcie bawiąc się psimi gównami. Że też ich to jeszcze nie nudzi?
Dzisiaj rano Ahmed wszedł do naszej sypialni i mocno gestykulował. Potem wyszarpnął wtyczkę oraz antenę z telewizora i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Widocznie nie lubi „Świata według Kiepskich”. Zaczynają zarysowywać się różnice kulturowe. Halina twierdzi, że oni się asymilują i potrzebują czasu, a ja widzę coraz mniej szans na partyjkę brydża.
W mieszkaniu króluje muzyka arabska, której nie rozumiem i trochę mnie już drażni swoją monotonią. Zaczynam tęsknić za Rolling Stonesami i AC/DC. Szkoda, że w obecnej sytuacji mogę ich posłuchać wyłącznie w toalecie i to w słuchawkach.


Tydzień Szósty

Ahmed jest w coraz gorszym humorze. Dziś rano, bez pytania wywalił do zsypu butelki z moim alkoholem. Potem w naszej obecności wytrzaskał po twarzy Tahirę, bardzo przy tym krzycząc. Trzeba przyznać, że kobieta dobrze radzi sobie z bólem. Widocznie ludzie pustyni to twardziele. Ahmed tak ją prał, że mu sygnet pękł, a ona nawet łzy nie uroniła. Być może pod czadorem ma hełm. Widząc to, Halina próbowała zaprotestować, ale oberwała od Ahmeda kopa w nerki. Chciałem wstać i dać mu w ryj, ale zryczana Halina, poprosiła, żebym nie interweniował, bo nie powinna była się wtrącać.
Coraz mniej mi się podoba cała ta sytuacja.
Wieczorem przyszedł do naszego pokoju Ahmed z kawałkiem baraniny w ramach przeprosin. To trochę załagodziło sytuację.
Baraninę ukradkiem wyniosłem do zsypu, bo strasznie cuchnęła.
Tęsknię za telewizją…

Tydzień Siódmy

Wracając z pracy, przy windzie zaczepił mnie sąsiad z drugiego piętra, twierdząc, że u nas się coś pali. Teraz dopiero poczułem swąd. Pognałem na górę.
W przedpokoju natknąłem się na Halinę. Wyraźnie próbuje mnie uspokoić. Błaga mnie, żebym obiecał, że nie będę się denerwował. Jak mam jej to obiecać, skoro zdenerwowanie przychodzi samo? Dla świętego spokoju i chęci zaspokojenia ciekawości skłamałem, a nawet zdobyłem się na debilny uśmieszek, symulujący luz i spokój.
Chyba wypadłem dobrze, bo Halina zaczyna sypać.
Twierdzi, że do Ahmeda przyszli koledzy i pieką barana.


Zapytałem, dlaczego nie w kuchni, przecież mamy piekarnik, ale Halina prosiła żebym zrozumiał, że to ludzi z innego kręgu kulturowego i że ja tego nie zrozumiem, bo jestem w pewnym sensie ograniczony. To nie było miłe.
W pewnym momencie przez coraz gęstszy dym wydobywający się z pokoju Ahmeda przestałem widzieć Halinę a ona mnie. W obawie przed nadgorliwością któregoś z sąsiadów i ewentualną interwencją straży pożarnej, zdecydowanym krokiem udałem się jednak do pokoju Ahmeda.
Widok zastałem dość niecodzienny.
Przede wszystkim kłęby gęstego dymu w asyście wyjątkowo upierdliwego smrodu. Potykając się o coś lub o kogoś, doskoczyłem do okien, otwierając je po kolei na oścież.
Po paru minutach gęsta atmosfera trochę się rozrzedziła i moim oczom ukazał się Ahmed, oraz pięciu nieznanych mi Arabów siedzących w kucki dookoła niewielkiego paleniska, pośrodku którego, na prymitywnym rożnie piekł się baran. Przyglądając się mocniej, z przerażeniem dostrzegłem, że ów rożen bardzo przypomina mi skrzyżowanie naszej zabytkowej lampy stojącej w stylu Art Deco, z szablą mojego pradziadka Emila z czasów I Wojny i starego fotela mojej prababci.
 Pocieszam się, że to tylko złudzenie. 


Moje nagłe wtargnięcie do pokoju niezbyt spodobało się Ahmedowi i jego kompanom, którzy wstali, zaczęli krzyczeć w nieznanym mi języku, oraz grozić nożami kuchennymi z Ikei, które kupiłem parę tygodni temu.
Wycofałem się do przedpokoju i spytałem Haliny, czy przypadkiem nie spalą nam parkietu. Halina stwierdziła, że parkiet jest bezpieczny, bo ogień rozpalili na drzwiach od lodówki.
To oznacza, że nie mamy już lodówki…

Tydzień Ósmy

Jak ten czas mija. Dziś w skrzynce znalazłem pismo ze spółdzielni, w którym wzywa się spółdzielców do podpisania zgody na obowiązkową, ale dobrowolną podwyżkę czynszu o dwadzieścia procent, a nadwyżka stanowić będzie fundusz budowy osiedlowego meczetu. Będą też organizowane festyny i zbiórki pieniędzy. Nie powiem, żebym się ucieszył.
Kiedy wróciłem do domu, okazało się, że Ahmed wyszedł rano z domu i do tej pory nie wrócił. Kiedy kładliśmy się spać, Ahmeda nadal nie było. Halina twierdzi, że być może się zgubił, a ja po raz pierwszy poczułem dziwną ulgę…
W środku nocy obudził nas dziwny hałas. Przysiągłbym, że słyszałem jakieś zwierzę. Na wszelki wypadek wyjrzałem za okno, ale niczego podejrzanego nie zauważyłem.
Rano idąc do łazienki, o mało nie wdepnąłem w żonę i dzieci Ahmeda, śpiących na podłodze w przedpokoju. Chcąc otworzyć drzwi do łazienki, zmuszony byłem uderzyć nimi w głowę któregoś z dzieci, ale dzieci pustyni wszystko wytrzymują, bo nawet się nie przebudziły.
Po powrocie z pracy wyjaśniła się historia z Ahmedem i nocnym hałasem. Ahmed nie wiadomo skąd przyprowadził do pokoju kozę, z którą spędził noc. Halina powiedziała, że koza wyszła rano z pokoju Ahmeda dziwnie szczęśliwa i zrelaksowana...


Szkoda, że Ahmed nas nie uprzedził, bo okazało się, że Halina ma uczulenie na sierść kozy i teraz ma katar oraz wysypkę na całym ciele.
Wieczorem było jeszcze gorzej, bo Ahmeda odwiedzili koledzy, i każdy przyszedł z kozą.



Stukot racic o niedawno odświeżony parkiet doprowadza mnie do szału. W dodatku Halina idąc do łazienki, pośliznęła się na kozim gównie, i teraz ma spuchniętą kostkę. W pracy szef zwrócił mi uwagę, że śmierdzę oborą i z działu kontaktów z klientami przesunął mnie do działu windykacji...

Tydzień Dziewiąty

Ramadan…
Trudny czas. Z głodu i pragnienia ledwie żyję. Nawet zajarać nie mogę. Ahmed co jakiś czas wpada do naszej sypialni i sprawdza, czy nie kopulujemy. To trochę krępujące. Miałem ochotę na małe „dżigi dżigi” i pomyślałem, że zrobimy to w łazience, ale Ahmed zakazał wchodzić nam tam razem. Musimy jakoś rozładować napięcie. Gramy w bierki.
Halina też ledwo trzyma się na nogach, ale w końcu pękła. W biustonoszu przynosi kawałki kiełbasy i dezodorant do pomieszczeń. Szybko połykam kiełbasę, Halina w tym czasie pilnuje drzwi i rozpyla lawendę…
Koło windy spotkałem Kazimierczaka z szóstego piętra.
Twierdzi, że na pobliskiej stacji benzynowej BP można dostać hot dogi.
Cena strasznie podskoczyła, ale w obecnej sytuacji nie ma co narzekać. Żeby je kupić, trzeba znać hasło. Inaczej oprócz paliwa niczego nie kupimy. Kazimierczak obiecał, że przekaże mi tajne hasło, jak tylko Górski z parteru wyciągnie je od Maciaszczaka, którego brat pracuje na tej stacji.
…
Zadzwonił telefon. Nieznany numer. Kiedy odebrałem, usłyszałem dość dziwny, niewyraźny głos, chyba modulowany za pomocą chusteczki. 


Gość przedstawił się jako „Strażnik Niepokalanej” i przekazał mi hasło do stacji z hot dogami. Hasłem jest fragment inwokacji „Pana Tadeusza” i brzmi -  „Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy, i w Ostrej świecisz Bramie”. Nie zdążyłem podziękować, bo facet się rozłączył. Hasło przekazałem Halinie, wyraźnie zaznaczając, żeby go nigdzie nie zapisywała, tylko wbiła sobie do głowy.
…
Boże… Nie sądziłem, że parówki mogą tak bardzo smakować. Halina pożarła sześć porcji, ja dziewięć. Szkoda, że musimy spożywać je w krzakach.
Jutro przyjdziemy znowu...


…
Przez moją głupotę o mało nie wpadliśmy. Kiedy wróciliśmy do domu, Ahmed zauważył ślady musztardy na mojej marynarce. Za pomocą gestykulacji, wmówiłem mu, że to kupa gołębia i chyba uwierzył, choć widać było wściekłość w jego oczach.
…
Nie jest dobrze. Dziś rano widziano dwa policyjne radiowozy na stacji paliw. Podobno aresztowano obsługę, a stację zamknięto. Kazimierczak twierdzi, że jakiś skurwysyn sypnął w zamian za pieczonego barana. 


Jacy ludzie potrafią być podli…

Tydzień Ostatni

Przez uchylone drzwi wchodzą kozy, żrąc wszystko, co spotkają na drodze, mecząc przy donośnie. Pogrążony w apatii patrzyłem, jak jedna z nich wpieprza mój zbiór książek Kurta Vonneguta i nie zrobiłem nic, żeby temu zapobiec.
Potem wpadły uradowane dzieci Ahmeda z psimi odchodami w rękach, wyraźnie zapraszając mnie do zabawy. Odmówiłem.
Teraz oboje z Haliną zrezygnowani, milcząc, siedzimy na sofie ze wzrokiem wbitym w podłogę.
Czujemy, że nie zdaliśmy testu z człowieczeństwa. Nie chcemy się obwiniać. Nie warto. Staraliśmy się, ale nie wyszło. Są rzeczy, którym nie każdy potrafi sprostać.
Rośnie w nas żal i złość. Nie jestem zły, że idąc do łazienki na wieczorne siku, bez przerwy tratuję śpiącą na podłodze w przedpokoju żonę Ahmeda, czy ślizgam się na kozich odchodach. Jestem zły na siebie, że za mało się starałem, żeby stworzyć tym nieszczęsnym ludziom godne warunki do życia. Że nie powiedziałem Ahmedowi, że nie skalibrowałem kompasu w telefonie, że Mekka nie jest tam, gdzie spalarnia śmieci, tylko z drugiej strony.
Przez mnie, ten nieszczęsny, nieświadomy niczego człowiek nie trafi do islamskiego raju.
Na domiar złego, odwiedziła nas osiedlowa komisja, robiąc kontrolę warunków bytowych. Ahmed z pomocą tłumacza oraz żywej gestykulacji wytłumaczył im, że nie nadajemy się do życia z jego rodziną. Jeśli zarzuty Ahmeda się potwierdzą, grozi nam eksmisja z mieszkania. Oprócz tego opinia o moim aspołecznym zachowaniu zostanie przesłana do mojego zakładu pracy.


Halina wspomniała, że jej siostra siedzi w Londynie i jak chcemy, pomoże nam się jakoś ustawić. Kusząca propozycja i godna rozważenia. W tym kraju jesteśmy już spaleni...









Nieprzewidziana przerwa techniczna...

 Z powodów rodzinnych i bardzo smutnych, muszę na jakiś czas odstawić blog, żeby poradzić sobie ze smutnymi sprawami.

Wrócę po przerwie jak tylko dam sobie radę ze sobą.
Mam nadzieję, że to nie potrwa długo.
Wybaczcie. Czasem tak bywa...



Coś jak koncert życzeń, albo myślenie utopijne...

Nie pragnę wcale byś była wielka
Zbrojna po zęby od morza do morza
I nie chcę także by cię uważano
Za perłę świata i wybrankę Boga
Chcę tylko domu w twoich granicach,
Bez oszołomów stukających w ściany,



I  polityków w kółko pieprzących,
O sprawach którymi już rzygamy...


Jakim kretynom jeszcze pozwolisz,
By Twym mózgiem byli i sumieniem,
Wiedzącym lepiej co dla nas lepsze,
żyjącym samouwielbieniem…


Ile razy swoją twarz ukryjesz
Za zasłoną flag i transparentów,
Ile lat będziesz mi przypominać
Rozpędzony burzą wrak okrętu...



Tą litanią się do Ciebie modlę
Bardzo bliska jesteś i daleka
Ale jest coś takiego w tobie
Że pomimo wszystko wierzę, czekam...

Jaki jeszcze numer mi wytniesz
W którą ślepą skierujesz ulicę.
Ile razy palce sobie przytnę, 
Nim w końcu po raz ostatni
Klamki Twych drzwi uchwycę…


PS. Z braku talentu poetyckiego, posłużyłem się utworem
"Moja litania" autorstwa Leszka Wójtowicza

Takie tam rozważania o spokoju duszy...

Czyli, pieniądze to nie wszystko...



Siedzę na Wyspach już ponad dwa miechy, i z każdym dniem odczuwam coraz bardziej niepokojący spokój. Brzmi paradoksalnie, wiem, ale coś jest nie tak. Do dziwnego kraju przyleciałem.

 Tutejsi urzędnicy występują jedynie w wersji  online, a jedyny "namacalny" z nimi kontakt to telefoniczny.
Ktoś, kto przyjechał z Polski, kraju represyjnego, po przybyciu do UK zaczyna się dziwić, że nie dostał od policjanta w mordę,  nie łażą za nim windykatorzy, a skrzynka pocztowa nie pęka od setek wezwań i zawiadomień.
 Po pewnym czasie przestajesz bać się otwierania drzwi, i odbierania telefonów.
Wkrótce z zaszczutego zająca, zmieniasz się w spokojnego misia, który nie będzie srał ze strachu, ilekroć zapuka do niego listonosz. Serce zaczyna bić spokojniej, ustaje drżenie rąk i kolan. Stolce znowu są regularne, i nawet zgaga ustępuje...


Zwykła sytuacja – zapomniałeś zapłacić obowiązkową składkę ZUS, lub wysłać roczne rozliczenie podatków na czas.
Jak to wygląda w Polsce?
Ano tak…


W czujnych urzędach paru ludzi zaciera łapy z radości. Mamy gnoja!
Rusza machina represyjna, bo będą premie za czujność. Celem nadrzędnym polskich urzędów jest udupienie obywatela.
Najpierw uruchamia się straszenie, żeby petent ze strachu się zesrał, i poczuł potęgę władzy. O ile w Wielkiej Brytanii nie praktykuje się spotkań osobistych z urzędnikami, w Polsce jest to normą. Wygląda na to, że polscy urzędnicy lubią popatrzeć w oczy swoim ofiarom. I nikogo nie interesuje, czy w tym dniu mamy możliwość zwolnienia się z pracy, czy nie. To my mamy służyć urzędom, a nie odwrotnie...


Kiedy jakimś cudem jednak nie daliśmy się zastraszyć, urzędnicy ruszają na polowanie z nagonką. Polowania na szarego obywatela to ich żywioł.


I choćbyśmy nie wiem jak się bronili, w końcu i tak polegniemy, bo urzędnik zawsze ma rację…


W UK wygląda to inaczej. Owszem, najpierw dostajemy pismo, w którym niezwykle ostrożnie i bardzo kulturalnie informuje się nas, że prawdopodobnie zaszła jakaś pomyłka lub szwankowała poczta, bo do dziś nie otrzymano naszej wpłaty lub zeznania. Zawsze jest dopisek, że jeśli jednak wpłatę dokonano, proszą nas o potraktowanie tego pisma za niebyłe…



Treść tych pism i ich forma musiała być konsultowana z psychologami, bo czytając je, ma się wrażenie, że tak naprawdę jesteśmy czyści jak źródlana woda, a niedopłata lub brak wpłaty, to zapewne wynik jakiegoś głupiego niedopatrzenia, prawdopodobnie nie mojego.
Załóżmy, że jednak postanowiliśmy się pobawić ze skarbówką i uparcie nie płacimy, ani nie odpisujemy na pisma.
Wtedy otrzymujemy kolejne pismo, przypominające, że do dziś nie odnotowano żadnej wpłaty, i zachodzi obawa, że mogą grozić nam karne odsetki, przed czym urząd chciałby nas uchronić.
Dodam, że karne odsetki są bardziej śmieszne niż groźne.
Olewamy i to pismo. W tym czasie w Polsce najprawdopodobniej nie mamy już większości mebli ani telewizora...


A w UK otrzymujemy kolejne pismo od jakiegoś niezwykle cierpliwego urzędnika, najpewniej dotkniętego autyzmem, w którym ponownie prosi się nas o dokonanie wpłaty, bo oprócz karnych odsetek, może grozić nam zmniejszenie wiarygodności kredytowej.
Ignorujemy i to pismo.
W Polsce w tym czasie gramy z kolegami z celi w szachy wykonanymi z chleba, i poznajemy historię ich tatuaży...


Tymczasem w Zjednoczonym Królestwie, przychodzi następne pismo od urzędnika ze skarbówki, który prosi nas o dokonanie wpłaty, a jeśli z pewnych przyczyn jest to niemożliwe, proponuje nam możliwość uregulowania należności w ratach, których wysokość mogą nam zasugerować, lub sami możemy je zaproponować.
W tym czasie w Polsce jako obywatel jesteśmy w zasadzie skończeni. Pozbawieni ubezpieczenia, zdolności kredytowej i zapewne pracy.  Uciekła od nas żona, dzieci zmieniają nazwiska, przyprawiają sobie brody, i udają że nas nie znają.


Zaczynamy pić… Pojawia się Straż Miejska i proponuje mandat za picie w miejscu publicznym. Nie mając pieniędzy, godzimy się na odsiedzenie mandatu, i wracamy do partyjki szachów z nowym kolegą z celi…
I tak to niestety wygląda...
Ktoś powie, że przesłodziłem obraz brytyjskich urzędów, ale tak nie jest.
Zdarzyło mi się kiedyś zapomnieć zapłacić składkę ubezpieczeniową, i poleciałem do Polski na parę miesięcy. Kiedy wróciłem, zebrałem wszystkie pisma, a potem dokonałem wpłaty. Tydzień po tym, otrzymałem pocztą pismo z podziękowaniem za dokonanie wpłaty.
 W Polsce pod względem traktowania obywatela przez urzędy jesteśmy Bangladeszem pośrodku Europy. Przepisy i ustawy konstruowane są tak, żeby Polakom nie było za lekko. Petent wchodzący do urzędu wyluzowany i uśmiechnięty wzbudza podejrzenia urzędników, którzy zrobią wszystko, by zdjąć uśmiech z jego twarzy...
Być może ktoś mądry kiedyś stwierdził, że Polaków należy trzymać krótko, bo inaczej zaczną kombinować,  i jakieś wewnętrzne przepisy każą zatrudniać w urzędach ludzi o sadystycznych upodobaniach?
Nie mam pojęcia, wiem za to, życie w stresie jest w Polsce normą, a ja mam za słabe nerwy na takie życie.
Dlatego stwierdziłem, że pieniądze owszem, są ważne, stabilne zatrudnienie za rozsądne pieniądze też, ale o wiele ważniejszy jest wewnętrzny spokój, którym się właśnie delektuję, a o który w Polsce trudniej, niż o ośmiorniczki w restauracji...




O pociągu ludzkości do gówna

Czyli rozważania przy puszce tuńczyka w oleju...



Długo nosiłem się z myślą, żeby poruszyć temat „tandetyzacji” życia, ale ostatnie zawirowania polityczne w Polsce ciągle wysuwały się na pierwszy plan.
Do napisania tego tekstu skłoniło mnie wczorajsze mało znaczące zdarzenie, które mimo niewielkiej wagi, mimo wszystko zapłodniło mnie twórczo.
Miałem ochotę na tuńczyka z puszki. Sięgnąłem po otwieracz, wbiłem go w konserwę, a kiedy usiłowałem ją otworzyć, coś trzasnęło, potem z brzękiem pofrunęło, i odbiło się od ściany, rykoszetem uderzając mnie boleśnie w ryj.
Z otwieracza pozostało jedynie wspomnienie, a zmasakrowane bagnetem szczątki tuńczyka wydobyłem sposobem czerwonoarmistów, czyli za pomocą bagnetu, obficie oblewając się przy tym olejem.
Wściekły i zniesmaczony chińską tandetą, jaką okazał się otwieracz, postanowiłem odpocząć od polskiej polityki i zająć się problemami Ziemian w aspekcie globalnym.
Konkretnie zalewem wszechobecnej tandety, i powszechną jej akceptacją. Jakby ludzie z biegiem czasu durnieli i bezwolnie łykali wszystko, czym karmi nas rynek.


Co się takiego stało, że gdziekolwiek się obrócić, otaczają nas chińskie buble?
Naprawdę zarabiamy mniej od naszych rodziców i dziadków, którzy kupowali wprawdzie rzadziej, ale za to  produkty jakościowo nieporównywalnie lepsze, które do dziś działają, jakby czas stanął w miejscu? Solidne urządzenia po prostu.
Widocznie plastyk nie był jeszcze w modzie, a surowce naturalne bardziej dostępne, dlatego coś, co wyglądało jak z drewna lub metalu, było  robione z drewna, lub metalu. Jakie to proste... 


Współczesne samochody ociekają dodatkami z plastykowego chromu i aluminium, bądź drewnopodobnej tapety udającej mahoń czy orzech. Wszystko fajnie, do momentu, kiedy "aluminium" zaczyna się łuszczyć, a spod "mahoniu" wyłażą bąble. Prestiż rodem z odpustu.


Czy kawałek aluminiowej blaszki wielkości podeszwy, naprawdę kosztuje tyle, co złoto lub platyna, żeby trzeba było odpierdzielać taki szajs?
Ekolodzy też jakby nabrali wody w usta i milczą na temat ogromnego marnotrawstwa spowodowanego importem bubli.


Produkując rzeczy „jednorazowe”, zasyfiamy naszą planetę stertami plastykowego gówna, ale łatwiej przyczepić się do plastykowych toreb z marketu i obłożyć je jakimś podatkiem ekologicznym, niż zawracać sobie głowę górami popsutych, plastykowych lodówek, czy pralek. 


 Kiedyś, całkiem niedawno,  sprzęt AGD kupowało się raz na kilkanaście lat i dłużej. Gdyby nie mamiono ludzi bajerami, ekranikami i światełkami mega-turbo nowoczesnych pralek, których sztuczna inteligencja przewyższa inteligencję naszej gosposi, stary Polar pewnie pracowałby do dziś. Raz na parę lat wymieniłoby się jakiś pasek i hulałby jak za młodu. To samo dotyczy pozostałych sprzętów, lodówek, odkurzaczy, żelazek itp.
Niestety, zalew "jednorazówek" wykosił z naszego życia "niemodne graty", a wraz z nimi armię rzemieślników. 



Mimo przyciągającego oko wzornictwa, pod względem żywotności, wszystkim tym wysoce skomputeryzowanym sprzętom daleko do obleśnych, peerelowskich sprzętów.
Żywotność Samsungów, LG itp. wyznacza okres gwarancyjny. Potem nadają się wyłącznie na złom, bo nikt naprawiać tego nie będzie, a jeśli już się odważy, to koszt naprawy wyniesie tyle, ile nowe, oczywiście nowocześniejsze urządzenie, wyposażone w funkcje, o których nawet nie śniłem, a bez których podobno nie potrafię żyć...


Karuzela marnotrawstwa się kręci, a co gorsze, nikt się tym zjawiskiem nie przejmuje. Miliony ton popsutego żelastwa, kilometry kabli i przewodów, elektroniki nikomu nie przeszkadzają, za to butelka wrzucona przez pomyłkę do niewłaściwego kubła już tak. Posrane to, nieprawdaż? 


Czegokolwiek się nie dotknę, to „made in China”. Czasem dla zmyły, skubańcy piszą „made in PRC”, za to dla najbardziej wybrednych, uspokajająco – „designed in Germany, assembled in China”.
Taki napis w zasadzie niczym nie różni się od zwykłego „made in China”, zważywszy, ostatnią rzeczą, jaką Chińczycy wymyślili to proch w IX wieku,  za to żółte rączki świetnie nadają się „assemblingu”. Robią to szybko, najtaniej jak to możliwe, i na odpier*ol… 


Przez moje ręce przeszło wiele produktów wykonanych przez Chińczyków, i mało było takich, z których coś nie odpadło, nie odkleiło się, nie urwało. Trzeba uczciwie powiedzieć, że w produkcji tandety, Chińczycy są nie do pobicia. Są Midasami na odwrót. Czego się nie dotkną, zamieniają w gówno.
Doszło do tego, że kupujesz zajebisty telewizor z wszelkimi bajerami, a całą radość odbiera ci świadomość, że za parę lat i tak pójdzie do śmietnika. To jak wzięcie ślubu z piękną, ale śmiertelnie chorą kobietą. Kochać możesz, ale nie przywiązuj się zanadto...







 Myślałem, że są rzeczy, których spieprzyć się nie da, a jednak…
Bo czy da się spieprzyć czosnek? Oczywiście...


Chińskim rolnikom udało się wyprodukować czosnek prawie bezwonny, za to biały jak śnieg. Tylko w jakim celu? Jako ozdoba na choinkę?
Jestem prawie pewny, że nawet zwykła woda z Chin okazałaby się mniej mokra od polskiej kranówy. To wysoce utalentowana nacja...
Marnotrawstwo surowców to jedno, ale marnotrawstwo ludzkiego potencjału to też nie w kij pierdział.
Świadomość produkowania czegoś, co z założenia jest gównem, musi nieźle ryć beret...


 Do mojej układanki nie pasuje jedna tylko rzecz - jak to możliwe, że Wielki Mur Chiński jakimś cudem przetrwał do tej pory?


Trzeba zadać sobie pytanie – po co w takim razie kupujemy ten szajs? Czy cena jest najważniejszym kryterium ? A może kierują nami względy praktyczne? Lepiej kupić pięć chińskich koszulek i zamiast je potem prać, po prostu wywalać przepocone i kupować nowe?
Pamiętam, że dziadek miał solidne, brązowe, skórzane buty, na skórzanej podeszwie. 


Skóra pierwsza klasa, charakterystycznie skrzypiąca przy chodzeniu. Pieścił te buty jak ukochanego konia, a proces ich czyszczenia był prawdziwą ceremonią.
Kto dziś bawi się w takie duperele?
A pamiętacie kuchnie  waszej babci? Stare, solidne, drewniane szafki, ciężkie jak ruski czołg, grube blaty. Niegdyś białe, teraz kremowe od gotowanych w ich pobliżu potraw.
Te stare meble miały coś, czego chińszczyzna mieć nie będzie - duszę i historię. 


Może nie były specjalnie modne, ale z powodzeniem przeżyłyby atak nuklearny.
Chyba każdy miał taką babcię z oldskulową kuchnią. To wszystko tworzyło pewien niepowtarzalny klimat, i było synonimem trwałości.


A co pozostanie po nas? Wygląda na to, że chyba tylko silikon z cycków, tipsy, i kable w ścianie…
Łza się w oku kręci, kiedy przypomnę sobie, że kiedyś świat nie był tak tandetny i plastykowy jak dziś. Sprzęt też się zużywał, ale znacznie powolniej, i do tego godniej...


Producenci naprawdę przykładali się do pracy...


Niedawno wyciągnąłem z szuflady moją wcale nie taką starą, Nokię, i ze zdumieniem odkryłem napis "Made in Finland". Nie sądziłem, że taki niepozorny i zdawałoby się, mało istotny napis mógłby mnie zdziwić. A zdziwił.
Najgorsze, że nic nie wskazuje, żeby pęd ku tandecie miał się zmienić. Ktoś powie, takie mamy czasy - świat pędzi, więc je się w biegu byle co, seks uprawia ze sztuczną waginą, bądź z dildo,  a butów się nie pastuje, bo są plastykowe.
No i co z tym zrobić? Wytłuc Chińczyków? Niemożliwe...
W pojedynkę mogę sobie tylko ponarzekać co niniejszym czynię. Pozostaje tylko nadzieja, że z każdym dniem będzie przybywać tych, którym złamie się kolejny chiński rower, pęknie kolejna chińska prezerwatywa albo otwieracz do konserw, i w końcu uświadomią sobie, że życie jest zbyt krótkie, żeby przeżywać je w otoczeniu tandety.
A ja do trumny z płyt paździerzowych włożyć się nie dam...






"Zgnilizna" oficjalnie już w sprzedaży...

  Cóż więcej mogę dodać? Może to, że jest dostępna w każdej księgarni, a także to, że mój wydawca zatroszczył się także o wydanie jej w form...

Najchętniej czytane