Pocieszanka dla starzejących się facetów....

Czyli pięćdziesiątka nie taka straszna...



Nastał dzień Wszystkich Świętych. Czas, w którym częściej niż zazwyczaj myślimy o tym, że każdy dzień przybliża nas do momentu, gdy to my będziemy tymi, których się w tym dniu odwiedza. Myślimy o tym szczególnie wtedy, gdy spacerując po cmentarzu, napotykamy na groby dawnych znajomych z podwórka, szkoły czy z pracy, którzy poprzez sam fakt leżenia w takim miejscu jakby szarpali nas za rękaw i szeptali – do zobaczenia...


Pomijając Święto Zmarłych, myśl o niechybnym pożegnaniu się z wszystkim, co lubimy i kochamy, pojawia się od czasu w dniu codziennym. Zwłaszcza kiedy dawno temu skończyliśmy czterdziestkę, i przeglądając stary album ze zdjęciami, potem w lustro, nie możemy się nadziwić, jak dwadzieścia, trzydzieści lat życia, które upłynęły tak szybko, potrafią zdeformować zarówno wygląd, jak i zryć beret. Słodycz życia zastąpiła gorycz.


Do tego dochodzi skleroza. Na razie niegroźna. Wydzieramy się na swoje dziecko, że słucha debilnej dla naszego ucha muzyki Lady Gagi czy Eminema, a także dlatego, że słucha jej za głośno, zapominając o tym, jak własny ojciec czy matka wychowani na Połomskim i Sośnickiej opierdzielali nas słuchających Zeppelinów, czy Pink Floyd, z potencjometrem głośności ustawionym na maksymalną, możliwą głośność.
Oprócz sklerozy stajemy się mniej tolerancyjni dla wszystkiego co jest człowiekiem i jest młodsze od nas.
Przekonałem się, że starość nadchodzi wtedy, gdy coraz częściej powtarzamy wyrażenie – za moich czasów wszystko było lepsze, mądrzejsze, piękniejsze. Nie twierdzę, że nie było, ale coraz częściej w kontekście porównywania międzypokoleniowych dokonań, słowo „lepsze” zastępuję słowem „inne”. I coraz częściej uważam, że to najwłaściwsze słowo.
Owszem, pokolenie z moich czasów i poprzednie dokonało wielu zajebistych rzeczy, których wartości umniejszyć się nie da, ale współczesność ma nie mniejszy wkład,  przede wszystkim w naukę.
Dopóki sobie tego nie uświadomimy, będziemy zrzędzić i tetryczeć.
Nie widzę już sensu wrzucania na fejsa zdjęcia trzepaka i bawiących się na nim uśmiechniętych, umorusanych „dzieci PRL-u” w poliestrowych rajtuzach i koszulkach z pedetu, z dopiskiem – „Bez Internetu, komórek i tabletów, ale szczęśliwi”, bo wiem, że gdybyśmy wówczas mieli zarówno Internet, jak i komórki czy tablety, zamiast wspólnie bawić się na trzepaku, tak samo, jak współcześni milusińscy siedzielibyśmy po kątach i zasysali muzę, filmy, oraz wrzucali kretyńskie filmiki z kotami na fora. A trzepak pozostałby jedynie przyrządem do trzepania dywanów i chodników, i niczym ponadto.
Taka prawda…


Od kiedy zacząłem uświadamiać sobie psychologiczne przyczyny procesu tetryczenia, zauważyłem że proces ten można spowolnić a nawet wyeliminować.
O ile nastawienie do życia możemy zmienić lub poprawić, to pojawiające się z wiekiem zmiany fizyczne już raczej nie bardzo.
Zakładam że moi czytelnicy to ludzie tak zwani normalni, dlatego nie będę się rozpisywał na temat przeszczepów włosów, odsysania tłuszczu, oraz chirurgii plastycznej.

W odróżnieniu od kobiet, dla nas przekroczenie czterdziestki nie jest czymś strasznym.
Ot, kolejny rok w kalendarzu.  O zmianach jakie w nas zachodzą dowiadujemy się zazwyczaj przed lustrem, albo u fryzjera, który możliwie najdelikatniej sugeruje nam, że w związku z tym, że  - „pańskie włosy są jakby nieśmiałe i mają tendencję do chowania się pod czaszką,  odradza nam zapuszczanie fryzu w stylu długowłosego Johnny Depp’a, proponując w zamian niezwykle praktyczne ogolenie pały a la Vin Diesel.
Prócz nieśmiałych i chowających się włosów na głowie, zaczyna się tycie spowodowane irracjonalnym, panicznym strachem przed spoceniem. 
Z powodu awersji do potu, coraz więcej czasu spędzamy z pilotem od telewizora zamiast rakietą tenisową, czy bezsensownym bieganiem za piłką. W konsekwencji szybko dorabiamy się coraz bardziej imponujących powłok brzusznych. Życie seksualne ulega zubożeniu i sprowadza się do oglądania filmików pornograficznych, lub od czasu do czasu, klepnięcia żonę w dupę w trakcie, kiedy gotuje bigos...


 Nie powiało optymizmem, i mam tego świadomość.
Ale co jeśli udało nam się cudem przetrwać czterdziestkę, i wchodzimy w pięćdziesiątkę?
Ze swojego doświadczenia mogę powiedzieć, że nie ma się czego bać.
Tak naprawdę, czterdziestka od pięćdziesiątki niewiele się różni. Pod warunkiem, że nie będziemy oglądać głupawych ulotek towarzystw ubezpieczeniowych typu „Pogodna Jesień” i tym podobnych,
 na których pokazywani są uśmiechnięci starsi, obowiązkowo siwi panowie w pulowerkach z małymi pieskami w parku, lub uśmiechniętymi, także siwymi żonami. 


Nie wiem dlaczego emeryci na tych zdjęciach kojarzeni się wyłącznie z parkami. Na szczęście, do emerytury mamy jeszcze trochę czasu, i zamiast do parku pełnego psich odchodów oraz pryszcztych onanistów, lepiej wybrać się na koncert AC/DC lub do knajpy.
Nie ma takiego przepisu, który zabraniałby nam noszenia bandany, trampek i skórzanych kurtek zamiast poliestrowych polo z szerokimi, za to przykrótkimi spodniami, których pas kończy się na wysokości sutków, jak sugeruje większość reklam funduszy emerytalnych.


Jeśli chodzi o zmiany w wyglądzie, to co zaszło w trakcie czterdziestki, niewiele zmienia się po pięćdziesiątce. Z tą różnicą, że zaczynamy wchodzić w fazę „krzaczenia”.
Natura w swojej łaskawości, po zabraniu nam włosów z głowy, w ramach rekompensaty przemieszcza je w inne, niekoniecznie pożądane miejsca.
Nagle ze zdziwieniem odkrywamy, że brwi stają się jakby gęstsze, bardziej krzaczaste, a z uszu i nosa wystają nam włosy. What the fuck?


Człowiek zaczyna czuć się jak ET, i jeśli nic z tym włosami nie zrobi, proces krzaczenia będzie się pogłębiać, a nasza twarz przypominać będzie gigantyczny owoc agrestu. Dlatego trzeba zacisnąć zęby, zainwestować w dobrą pęsetę, i zająć się rozkrzaczaniem.
Z czasem przyzwyczajamy się do bólu, a potem zaczynamy nawet czerpać z niego przyjemność.

Pięćdziesiątka to taki wiek, że w łazience spędzamy dużo więcej czasu niż wtedy, kiedy mieliśmy lat trzydzieści. Ta dziwna dbałość o siebie powoduje, że od czasu do czasu czuć w powietrzu powiew gejozy. Trzeba się z tym pogodzić, i coraz częściej z pokorą zaglądać do drogerii w poszukiwaniu odpowiednich dla siebie kremów nawilżających. To strasznie krępujące, przynajmniej dla mnie. Bogu dziękuję, że nie mam jeszcze zmarszczek, bo bym się pochlastał.
Jeśli chodzi o życie erotyczne, w zasadzie nie ma się czego obawiać. Z czasem odkryłem, że skoki libido nie zależą tak bardzo od wieku, a bardziej od partnerki.
Zapuszczony pasztet ze sklejonym kołtunem na głowie, nieogolonymi nogami, oraz piersiami typu „para przeciągających się jamników” potrafi nie tylko zarazić do seksu w ogóle, ale także uleczyć przedwczesne wytryski u dwudziestolatka szybciej i skuteczniej, niż droga, renomowana klinika z Zurychu, zaś słabszych psychicznie wpędzić w homoseksualizm..

Oprócz dziwnych włosów wyrastających w jeszcze dziwniejszych miejscach, w pakiecie otrzymujemy także przyjemniejsze rzeczy.
Przeciętny facet po pięćdziesiątce, teoretycznie ma już za sobą budowę domu, posadził już drzewo i spłodził syna. Wiem, wiem, polskie zarobki itd. Tylko teoretyzuję.
 Najprawdopodobniej jest też już po rozwodzie lub dwóch, a jeśli do tego jest finansowo nieźle ustawiony, resztę życia może spędzać na utylizacji czasu w sposób możliwie bezsensowny, perwersyjny, niemoralny, a przede wszystkim niehigieniczny. Zapuśćcie brodę, walnijcie sobie dziary, zróbcie sobie piercing na mosznie albo na języku, i takie tam. 



Wszystko co nie jest zabronione jest dozwolone. Jeszcze nie jest za późno, żeby kupić sobie wymarzoną w młodości gitarę Gibsona, i od czasu do czasu powymiatać na niej ukochane riffy.


Osobiście uważam też  rzucanie palenia w tym wieku za równie irracjonalne, jak podawanie pacjentom zdrowej żywności w hospicjach, więc nie żałujcie sobie przyjemności.
Podobno faceci po czterdziestce stają się seksoholikami ze skłonnością do zdrad, ale nie wiem czy mam to traktować jako plus czy minus, więc sami sobie odpowiedzcie.


Będąc jeszcze w okresie pełni władz umysłowych, a przed ewentualnym Alzheimerem, mamy do dyspozycji dar w postaci doświadczenia życiowego. Oprócz tego, z wiekiem wystudza nam się krew. Te dwa czynniki doskonale sprawdzają się na przykład w sytuacji zakupów, choć ten drugi czyni z nas cwanych, cynicznych samców, bardziej ceniących sobie rozpustę od rodzinnych herbatek i oglądania  przygód "Ojca Mateusza".
W odróżnieniu od młodszego pokolenia, hałaśliwe i namolne promocje nie robią na nas wrażenia. Z powodu częściowo wykastrowanych emocji, przy zakupach kierujemy się głównie rozumem, praktycznością i rozsądkiem.
Kiedy zmuszeni zostajemy do zakupu nowego telefonu, sklepowi doradcy z entuzjazmem w oczach będą nam wciskali najnowsze Samsungi. Kiedy zapytać ich dlaczego akurat Samsungi, skoro w sklepie mają wiele więcej marek, po chwili zakłopotania odpowiedzą, - no bo wszyscy kupują Samsungi.
Kiedy zapytam, a dlaczego nie na przykład Lumie?
- Bo Samsung ma więcej apek.
- Aha…
W rezultacie kupiłem jednak Lumię, bo stwierdziłem, że bez apek mogę żyć.

Kończąc moją wiwisekcję chciałbym uspokoić tych, którzy na kolejną świeczkę w torcie reagują paniką i wpędzają się w niepotrzebne stresy.
Nie żryjcie jak świnie, ruszajcie się zamiast przyrastać do fotela, w sypialni wykorzystujcie kilkudziesięcioletnie doświadczenie i bądźcie demonami seksu. Niech wasza partnerka lewituje z rozkoszy pod sufitem i niech błaga o jeszcze...
Jak ognia unikajcie pulowerków i sweterków w romby. Bluza z kapturem będzie lepszym wyborem. Wygodniejsza, ma kieszenie i nie trąci śmiercią.
Dbajcie o siebie, ale bez pedalskiej przesady. 


Nie róbcie z siebie idioty próbując udowodnić że czujecie się nadal jakbyście mieli dwadzieścia lat, i nie bierzcie udziału we wszelkich maratonach, bo prędzej czy później, w trakcie któregoś, zamiast transparentu z napisem "Meta" spotkacie Stwórcę, a na to macie jeszcze czas.


Omijajcie solaria bo to trąci pedalstwem, i z godnością wchodźcie w kolejną dekadę. Przyprószeni siwizną, bardziej cierpliwi, mądrzejsi, i z troszkę większym brzuchem.W trakcie gubienia brzucha nie popadajcie w przesadę, i róbcie z siebie hemoroida z oczami.


Po prostu rajcujcie się tym co dał nam Stwórca, zamiast tkwić mentalnie w czasach, "kiedy śnieg był bielszy, a trawa bardziej zielona". Żyjąc głównie przeszłością, zapominamy o teraźniejszości oraz przyszłości, i więdniemy szybciej niż bukiet róż z wyprzedaży w Tesco...


Nie warto rozpaczać nad upływającym czasem, i onanizować się tym co było, bo do droga do dupy.
Czas można oczywiście zatrzymać, ale uważam, że lepiej jest obejrzeć „ten film” do końca, niż wychodzić z niego w trakcie seansu.


Być może najlepsze jego sceny pojawią się dopiero pod  jego koniec, a wy tego już niestety nie zobaczycie. Gwarancji nie ma, ale życie lubi płatać figle. Te przyjemne też...
Miłego dojrzewania... :)



Strasznie dobrzy ludzie...

Czyli o tym, jak dobro rozciąga swetry...



Oglądając niedawno jakiś film o ekologii i dyskusję po nim, zacząłem się zastanawiać, dlaczego ludzie dobrej woli wyglądają jakoś tak dziwnie i nieświeżo.
Pierwszą rzeczą, która rzuciła mi się w oczy to ta, że w przeważającej większości dobry człowiek jest kobietą. Wywnioskowałem, że faceci ze swym prostackim myśleniem o jędrnych cyckach i browarze, nie bardzo nadają się do zbawiania świata, bo to nieczułe zwykłe świnie są…
Wygląda na to, że kobiety cechuje dużo większa empatia i troska o innych, a u kobiet nieatrakcyjnych, empatia i troska osiąga imponujące rozmiary i znajduje ujście w zbawianiu świata.

Nieudane związki (mąż rzucił mnie dla jakiejś dziwki, i żeby nie zachlać się z żalu, znalazłam szczęście w dokarmianiu gołębi), niska samoocena własnego wyglądu,  i związane z tym niezwykle ubogie życie seksualne powodują, że wszelkie uczucia wyższego rzędu kierowane są w stronę delfinów, fok, tolerancji dla dziwolągów różnej maści, amazońskich lasów, imigrantów z Syrii, koni, rzadkich roślin, schronisk dla zwierząt, recyklingu,  i innych spraw wymagających szczególnej troski. To chyba coś w rodzaju zaworu bezpieczeństwa.

I

 Coraz silniejsze zaangażowanie w losy świata, fauny i flory, zanik popędu seksualnego oraz pogodzenie się ze swoim losem sprawiają, że pojawiają się u tych osób symptomy w postaci silnego łojotoku, pryszczy i oklapłych piersi. Kobiety szczególnie uzależnione od chęci niesienia pomocy przestają golić nogi i noszą fatalnie dobrane oprawki okularów, przeważnie model "Wczesna Zapendowska"...


Są też odstępstwa od reguły w postaci celebrytów. Zwłaszcza tych, których sława zaczyna blednąć. A kiedy zblednie jeszcze bardziej, wtedy dobrze jest mieć w swoim życiorysie wpis „stworzył/a fundację na rzecz walki z czymś tam”. Dodaje to splendoru i zmniejsza współczynnik pustactwa.


Zauważyłem też, że osoby pałające ogromną miłością do zwierząt, dla równowagi pałają jednocześnie nienawiścią do ludzi, i gdyby miały taką władzę, wycięłyby w pień ludzką ród, a w to miejsce wybudowałyby schroniska dla psów i kotów.
Kocham zwierzątka, nie tylko te zagrożone wyginięciem, ale sorry, nie mogę patrzeć ani słuchać tego pierdzenia wypowiadanego przez panie w porozciąganych swetrach, których swoisty zapach aż bije z ekranu telewizora.

Mam wrażenie, że tak naprawdę, pod fasadą dobroczynności, aktywistki skrywają tzw. syndrom niedopchnięcia, i że  tak naprawdę to jednak chłopa im trzeba.
Bo kobieta zaspokojona, mniej awanturująca się jest.
Tylko przechodziłem…


Moje skromne pięć groszy w sprawie, czyli vox populi, vox Dei...


Jesteśmy europejską prowincją, i to jest fakt.  Nosimy skarpety do sandałów, plastykowe torby z biedry, i takie tam. W naszej rzeczywistości ludność kolorowa występowała, i nadal występuje równie często, jak stada lemurów w Parku Skaryszewskim, czy kameleony w Borach Tucholskich. Na szczęście mamy telewizję i gazety. Wiemy, na co stać muzułmanów. Nie ma dnia, żeby gdzieś na świecie ktoś w imię Allacha nie wysadził siebie i nie zabrał ze sobą kilkunastu, kilkudziesięciu, lub kilkuset bogu ducha winnych przechodniów do bozi. Wmawia się nam, że jesteśmy rasistami, bo nie chcemy u siebie Arabów. Przecież, gdyby nie było zamachów w USA czy Europie, telewizyjnych show z obcinaniem głów, nie sądzę, żeby Polacy tak bardzo byliby sceptyczni, przeciwko napływowi imigrantów tak, jak dzieje się to teraz. Polacy od wieków słynęli z gościnności. Gdyby o pomoc poprosili nas Szwedzi, czy Hiszpanie, nie sądzę, żeby był z tym problem.  Żydzi, którzy są raczej trudni do pokochania, w Polsce znaleźli schronienie i stali się częścią naszego społeczeństwa. Ale kiedy do naszych drzwi puka rodzina Charlesa Mansona chcąc z nami zamieszkać, nietrudno zrozumieć niechęć do otwierania dla nich drzwi. 



Trzeba pamiętać też, że dziś wpuścimy ich dziesięć tysięcy, a za parę lat namnoży się ich kilkakrotnie więcej. To bardzo płodna nacja. Tak wiem, Islam jest religią pokojową, tylko jak dotąd, życie oraz codzienne relacje medialne pokazują coś zgoła innego. Ślepi ani głusi nie jesteśmy. Deklaracje deklaracjami, ale z faktami trudno polemizować, a fakty są straszne. Więc nie mówcie, że myślimy stereotypami, i pozwólcie, że sami zdecydujemy, kto będzie naszym sąsiadem czy współlokatorem. To my będziemy musieli zbierać żniwo durnych decyzji, a nie pani Kopacz, czy inni politycy.
Dlatego mamy pełne prawo do tego, żeby się bać, mieć wątpliwości, i decydować, czy taki układ będzie nam odpowiadał.
Bo to NASZ dom. Twój, mój, i twój też mała dziewczynko...



Dzienniczek znaleziony w koszu na pewnym osiedlu...



Tydzień Pierwszy

Dostaliśmy dziś pismo, że nasza spółdzielnia mieszkaniowa bierze udział w narodowym programie „Muzułmanin w każdym domu”.
W najbliższych dniach mamy się spodziewać wizyty komisji zasiedlającej, która ma sprawdzić, czy nasze mieszkanie spełnia kryteria.
Oboje z Haliną czujemy ekscytację oraz tremę. Jesteśmy bezdzietni i w dodatku rzadko nas ktoś odwiedza. Istnieje szansa, że nasze życie odzyska sens i koloryt.

Tydzień Drugi

W oczekiwaniu na komisję, Halina wzięła tydzień urlopu. Zawzięcie sprząta mieszkanie, a w wolnych chwilach studiuje książki „Kuchnia muzułmańska”, „Życie i obyczaje w krajach arabskich”.
Ja po pracy zaszywam się w sypialni, studiując „Islam na przestrzeni dziejów” oraz „Koran”.


W środę w końcu odwiedziła nas osiedlowa komisja w trzyosobowym składzie. Dokładnie obejrzeli nasze mieszkanie i chyba wypadliśmy dobrze, bo na koniec wręczono nam ulotkę o kulturze i zwyczajach na Bliskim Wschodzie, oraz obiecali, że o ile prezes się zgodzi, do końca tygodnia otrzymamy oficjalne pismo o dokwaterowaniu rodziny arabskiej.
Jeśli decyzja będzie pozytywna, mamy w trybie pilnym, tymczasowo usunąć święte obrazki oraz krzyże z widocznych miejsc, a spółdzielnia dostarczy nam drugą lodówkę na żywność dozwoloną dla muzułmanów.
Halina jest wniebowzięta, ja trochę mniej, bo nie wiem, czy podołamy takiemu wyzwaniu. Nawet nie wiem, ile osób nam dokwaterują…

Tydzień Trzeci

Jest oficjalne pismo. W sobotę dokwaterują nam rodzinę z Syrii. Małżeństwo z trojgiem dzieci. Halina szaleje ze szczęścia, bo zawsze marzyła o dzieciach, a nie mogła mieć własnych. Przez cały dzień puszcza arabską muzykę i nie bacząc na sporą tuszę, ćwiczy taniec brzucha. Nastrój staje się euforyczny. W dodatku Kurasiom z przeciwka mają dokwaterować Kurdów. Wreszcie będzie z kim pograć w brydża albo monopol.
Czuję, że będzie dobrze…

Tydzień Czwarty

Już są. Ahmed, Tahira i trójka dzieci. Niestety, imion nie zapamiętałem. Bardzo żywe dzieci. Dotąd nie udało mi się zobaczyć ich wszystkich razem. Ahmed ma dość długą brodę i wygląda jak wysuszony słońcem pasterz. Tahira ma sporą nadwagę i piwne oczy. Ze względu na niezwykle szczelny strój, tylko tyle mogę o niej powiedzieć.


Przy wejściu Ahmed wręczył mi kartkę, gdzie napisano po polsku – „zapytać, w którym kierunku jest Mekka”.
Na szczęście w moim telefonie wbudowany jest kompas, więc szybko ustaliłem kierunek. Okazało się, że Mekka jest na wprost miejskiej spalarni śmieci. 


Ahmed dziękuje za pomoc oszczędnym uśmiechem, a Halina oprowadza Ahmeda i jego rodzinę po mieszkaniu, prowadząc ich do pokoju, w którym będą mieszkali.
To biedni ludzi, bo cały ich dobytek mieści się w dwóch, niewielkich jutowych workach. Zaraz po wejściu do pokoju, Ahmed wyciąga zza pazuchy niepozorny dywanik, kładzie go na podłodze i zaczyna się żarliwe modlić.


Jego uradowane dzieci po chwili wybiegły przed blok i bawią się zeschniętymi, psimi odchodami. Halina twierdzi, że dzieci pustyni z braku playstation tak mają i że to z pewnością bardziej pobudzająca wyobraźnię zabawa, niż siedzenie jak debil z dżojstikiem i nawalanie Szwabów.
Nie mam pojęcia, w jaki sposób psie gówno miałoby pobudzać dziecięcą wyobraźnię, ale ja się nie znam na dzieciach…
Tymczasem obiecana lodówka niestety nie dotarła, dlatego zmuszony jestem udostępnić gościom naszą. Ahmed za pomocą patyka skrupulatnie wskazywał, które produkty powinny zniknąć z lodówki. Do pozostania w niej zakwalifikowało się tylko mleko i kostki lodu. Kiełbasy, pasztet od teścia i boczek zaniosłem do pana Wacka, sąsiada z dołu, któremu nie przyznano imigrantów. Bardzo się ucieszył z niespodziewanego podarunku.
Halina gruntownie myje i odkaża lodówkę według wskazówek Ahmeda…
Zauważyłem, że od kiedy mamy nowych lokatorów, całe mieszkanie oraz klatka schodowa  pachnie niedrogim, kadzidlanym orientem…


Tydzień Piąty

Ahmed i jego rodzina raczej nie tryskają entuzjazmem. Siedzą w dużym pokoju na podłodze i ciągle się kłócą.
Ich dzieci całe dnie spędzają na trawniku przed blokiem, zawzięcie bawiąc się psimi gównami. Że też ich to jeszcze nie nudzi?
Dzisiaj rano Ahmed wszedł do naszej sypialni i mocno gestykulował. Potem wyszarpnął wtyczkę oraz antenę z telewizora i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Widocznie nie lubi „Świata według Kiepskich”. Zaczynają zarysowywać się różnice kulturowe. Halina twierdzi, że oni się asymilują i potrzebują czasu, a ja widzę coraz mniej szans na partyjkę brydża.
W mieszkaniu króluje muzyka arabska, której nie rozumiem i trochę mnie już drażni swoją monotonią. Zaczynam tęsknić za Rolling Stonesami i AC/DC. Szkoda, że w obecnej sytuacji mogę ich posłuchać wyłącznie w toalecie i to w słuchawkach.


Tydzień Szósty

Ahmed jest w coraz gorszym humorze. Dziś rano, bez pytania wywalił do zsypu butelki z moim alkoholem. Potem w naszej obecności wytrzaskał po twarzy Tahirę, bardzo przy tym krzycząc. Trzeba przyznać, że kobieta dobrze radzi sobie z bólem. Widocznie ludzie pustyni to twardziele. Ahmed tak ją prał, że mu sygnet pękł, a ona nawet łzy nie uroniła. Być może pod czadorem ma hełm. Widząc to, Halina próbowała zaprotestować, ale oberwała od Ahmeda kopa w nerki. Chciałem wstać i dać mu w ryj, ale zryczana Halina, poprosiła, żebym nie interweniował, bo nie powinna była się wtrącać.
Coraz mniej mi się podoba cała ta sytuacja.
Wieczorem przyszedł do naszego pokoju Ahmed z kawałkiem baraniny w ramach przeprosin. To trochę załagodziło sytuację.
Baraninę ukradkiem wyniosłem do zsypu, bo strasznie cuchnęła.
Tęsknię za telewizją…

Tydzień Siódmy

Wracając z pracy, przy windzie zaczepił mnie sąsiad z drugiego piętra, twierdząc, że u nas się coś pali. Teraz dopiero poczułem swąd. Pognałem na górę.
W przedpokoju natknąłem się na Halinę. Wyraźnie próbuje mnie uspokoić. Błaga mnie, żebym obiecał, że nie będę się denerwował. Jak mam jej to obiecać, skoro zdenerwowanie przychodzi samo? Dla świętego spokoju i chęci zaspokojenia ciekawości skłamałem, a nawet zdobyłem się na debilny uśmieszek, symulujący luz i spokój.
Chyba wypadłem dobrze, bo Halina zaczyna sypać.
Twierdzi, że do Ahmeda przyszli koledzy i pieką barana.


Zapytałem, dlaczego nie w kuchni, przecież mamy piekarnik, ale Halina prosiła żebym zrozumiał, że to ludzi z innego kręgu kulturowego i że ja tego nie zrozumiem, bo jestem w pewnym sensie ograniczony. To nie było miłe.
W pewnym momencie przez coraz gęstszy dym wydobywający się z pokoju Ahmeda przestałem widzieć Halinę a ona mnie. W obawie przed nadgorliwością któregoś z sąsiadów i ewentualną interwencją straży pożarnej, zdecydowanym krokiem udałem się jednak do pokoju Ahmeda.
Widok zastałem dość niecodzienny.
Przede wszystkim kłęby gęstego dymu w asyście wyjątkowo upierdliwego smrodu. Potykając się o coś lub o kogoś, doskoczyłem do okien, otwierając je po kolei na oścież.
Po paru minutach gęsta atmosfera trochę się rozrzedziła i moim oczom ukazał się Ahmed, oraz pięciu nieznanych mi Arabów siedzących w kucki dookoła niewielkiego paleniska, pośrodku którego, na prymitywnym rożnie piekł się baran. Przyglądając się mocniej, z przerażeniem dostrzegłem, że ów rożen bardzo przypomina mi skrzyżowanie naszej zabytkowej lampy stojącej w stylu Art Deco, z szablą mojego pradziadka Emila z czasów I Wojny i starego fotela mojej prababci.
 Pocieszam się, że to tylko złudzenie. 


Moje nagłe wtargnięcie do pokoju niezbyt spodobało się Ahmedowi i jego kompanom, którzy wstali, zaczęli krzyczeć w nieznanym mi języku, oraz grozić nożami kuchennymi z Ikei, które kupiłem parę tygodni temu.
Wycofałem się do przedpokoju i spytałem Haliny, czy przypadkiem nie spalą nam parkietu. Halina stwierdziła, że parkiet jest bezpieczny, bo ogień rozpalili na drzwiach od lodówki.
To oznacza, że nie mamy już lodówki…

Tydzień Ósmy

Jak ten czas mija. Dziś w skrzynce znalazłem pismo ze spółdzielni, w którym wzywa się spółdzielców do podpisania zgody na obowiązkową, ale dobrowolną podwyżkę czynszu o dwadzieścia procent, a nadwyżka stanowić będzie fundusz budowy osiedlowego meczetu. Będą też organizowane festyny i zbiórki pieniędzy. Nie powiem, żebym się ucieszył.
Kiedy wróciłem do domu, okazało się, że Ahmed wyszedł rano z domu i do tej pory nie wrócił. Kiedy kładliśmy się spać, Ahmeda nadal nie było. Halina twierdzi, że być może się zgubił, a ja po raz pierwszy poczułem dziwną ulgę…
W środku nocy obudził nas dziwny hałas. Przysiągłbym, że słyszałem jakieś zwierzę. Na wszelki wypadek wyjrzałem za okno, ale niczego podejrzanego nie zauważyłem.
Rano idąc do łazienki, o mało nie wdepnąłem w żonę i dzieci Ahmeda, śpiących na podłodze w przedpokoju. Chcąc otworzyć drzwi do łazienki, zmuszony byłem uderzyć nimi w głowę któregoś z dzieci, ale dzieci pustyni wszystko wytrzymują, bo nawet się nie przebudziły.
Po powrocie z pracy wyjaśniła się historia z Ahmedem i nocnym hałasem. Ahmed nie wiadomo skąd przyprowadził do pokoju kozę, z którą spędził noc. Halina powiedziała, że koza wyszła rano z pokoju Ahmeda dziwnie szczęśliwa i zrelaksowana...


Szkoda, że Ahmed nas nie uprzedził, bo okazało się, że Halina ma uczulenie na sierść kozy i teraz ma katar oraz wysypkę na całym ciele.
Wieczorem było jeszcze gorzej, bo Ahmeda odwiedzili koledzy, i każdy przyszedł z kozą.



Stukot racic o niedawno odświeżony parkiet doprowadza mnie do szału. W dodatku Halina idąc do łazienki, pośliznęła się na kozim gównie, i teraz ma spuchniętą kostkę. W pracy szef zwrócił mi uwagę, że śmierdzę oborą i z działu kontaktów z klientami przesunął mnie do działu windykacji...

Tydzień Dziewiąty

Ramadan…
Trudny czas. Z głodu i pragnienia ledwie żyję. Nawet zajarać nie mogę. Ahmed co jakiś czas wpada do naszej sypialni i sprawdza, czy nie kopulujemy. To trochę krępujące. Miałem ochotę na małe „dżigi dżigi” i pomyślałem, że zrobimy to w łazience, ale Ahmed zakazał wchodzić nam tam razem. Musimy jakoś rozładować napięcie. Gramy w bierki.
Halina też ledwo trzyma się na nogach, ale w końcu pękła. W biustonoszu przynosi kawałki kiełbasy i dezodorant do pomieszczeń. Szybko połykam kiełbasę, Halina w tym czasie pilnuje drzwi i rozpyla lawendę…
Koło windy spotkałem Kazimierczaka z szóstego piętra.
Twierdzi, że na pobliskiej stacji benzynowej BP można dostać hot dogi.
Cena strasznie podskoczyła, ale w obecnej sytuacji nie ma co narzekać. Żeby je kupić, trzeba znać hasło. Inaczej oprócz paliwa niczego nie kupimy. Kazimierczak obiecał, że przekaże mi tajne hasło, jak tylko Górski z parteru wyciągnie je od Maciaszczaka, którego brat pracuje na tej stacji.
…
Zadzwonił telefon. Nieznany numer. Kiedy odebrałem, usłyszałem dość dziwny, niewyraźny głos, chyba modulowany za pomocą chusteczki. 


Gość przedstawił się jako „Strażnik Niepokalanej” i przekazał mi hasło do stacji z hot dogami. Hasłem jest fragment inwokacji „Pana Tadeusza” i brzmi -  „Panno Święta, co jasnej bronisz Częstochowy, i w Ostrej świecisz Bramie”. Nie zdążyłem podziękować, bo facet się rozłączył. Hasło przekazałem Halinie, wyraźnie zaznaczając, żeby go nigdzie nie zapisywała, tylko wbiła sobie do głowy.
…
Boże… Nie sądziłem, że parówki mogą tak bardzo smakować. Halina pożarła sześć porcji, ja dziewięć. Szkoda, że musimy spożywać je w krzakach.
Jutro przyjdziemy znowu...


…
Przez moją głupotę o mało nie wpadliśmy. Kiedy wróciliśmy do domu, Ahmed zauważył ślady musztardy na mojej marynarce. Za pomocą gestykulacji, wmówiłem mu, że to kupa gołębia i chyba uwierzył, choć widać było wściekłość w jego oczach.
…
Nie jest dobrze. Dziś rano widziano dwa policyjne radiowozy na stacji paliw. Podobno aresztowano obsługę, a stację zamknięto. Kazimierczak twierdzi, że jakiś skurwysyn sypnął w zamian za pieczonego barana. 


Jacy ludzie potrafią być podli…

Tydzień Ostatni

Przez uchylone drzwi wchodzą kozy, żrąc wszystko, co spotkają na drodze, mecząc przy donośnie. Pogrążony w apatii patrzyłem, jak jedna z nich wpieprza mój zbiór książek Kurta Vonneguta i nie zrobiłem nic, żeby temu zapobiec.
Potem wpadły uradowane dzieci Ahmeda z psimi odchodami w rękach, wyraźnie zapraszając mnie do zabawy. Odmówiłem.
Teraz oboje z Haliną zrezygnowani, milcząc, siedzimy na sofie ze wzrokiem wbitym w podłogę.
Czujemy, że nie zdaliśmy testu z człowieczeństwa. Nie chcemy się obwiniać. Nie warto. Staraliśmy się, ale nie wyszło. Są rzeczy, którym nie każdy potrafi sprostać.
Rośnie w nas żal i złość. Nie jestem zły, że idąc do łazienki na wieczorne siku, bez przerwy tratuję śpiącą na podłodze w przedpokoju żonę Ahmeda, czy ślizgam się na kozich odchodach. Jestem zły na siebie, że za mało się starałem, żeby stworzyć tym nieszczęsnym ludziom godne warunki do życia. Że nie powiedziałem Ahmedowi, że nie skalibrowałem kompasu w telefonie, że Mekka nie jest tam, gdzie spalarnia śmieci, tylko z drugiej strony.
Przez mnie, ten nieszczęsny, nieświadomy niczego człowiek nie trafi do islamskiego raju.
Na domiar złego, odwiedziła nas osiedlowa komisja, robiąc kontrolę warunków bytowych. Ahmed z pomocą tłumacza oraz żywej gestykulacji wytłumaczył im, że nie nadajemy się do życia z jego rodziną. Jeśli zarzuty Ahmeda się potwierdzą, grozi nam eksmisja z mieszkania. Oprócz tego opinia o moim aspołecznym zachowaniu zostanie przesłana do mojego zakładu pracy.


Halina wspomniała, że jej siostra siedzi w Londynie i jak chcemy, pomoże nam się jakoś ustawić. Kusząca propozycja i godna rozważenia. W tym kraju jesteśmy już spaleni...









Nieprzewidziana przerwa techniczna...

 Z powodów rodzinnych i bardzo smutnych, muszę na jakiś czas odstawić blog, żeby poradzić sobie ze smutnymi sprawami.

Wrócę po przerwie jak tylko dam sobie radę ze sobą.
Mam nadzieję, że to nie potrwa długo.
Wybaczcie. Czasem tak bywa...



Coś jak koncert życzeń, albo myślenie utopijne...

Nie pragnę wcale byś była wielka
Zbrojna po zęby od morza do morza
I nie chcę także by cię uważano
Za perłę świata i wybrankę Boga
Chcę tylko domu w twoich granicach,
Bez oszołomów stukających w ściany,



I  polityków w kółko pieprzących,
O sprawach którymi już rzygamy...


Jakim kretynom jeszcze pozwolisz,
By Twym mózgiem byli i sumieniem,
Wiedzącym lepiej co dla nas lepsze,
żyjącym samouwielbieniem…


Ile razy swoją twarz ukryjesz
Za zasłoną flag i transparentów,
Ile lat będziesz mi przypominać
Rozpędzony burzą wrak okrętu...



Tą litanią się do Ciebie modlę
Bardzo bliska jesteś i daleka
Ale jest coś takiego w tobie
Że pomimo wszystko wierzę, czekam...

Jaki jeszcze numer mi wytniesz
W którą ślepą skierujesz ulicę.
Ile razy palce sobie przytnę, 
Nim w końcu po raz ostatni
Klamki Twych drzwi uchwycę…


PS. Z braku talentu poetyckiego, posłużyłem się utworem
"Moja litania" autorstwa Leszka Wójtowicza

Takie tam rozważania o spokoju duszy...

Czyli, pieniądze to nie wszystko...



Siedzę na Wyspach już ponad dwa miechy, i z każdym dniem odczuwam coraz bardziej niepokojący spokój. Brzmi paradoksalnie, wiem, ale coś jest nie tak. Do dziwnego kraju przyleciałem.

 Tutejsi urzędnicy występują jedynie w wersji  online, a jedyny "namacalny" z nimi kontakt to telefoniczny.
Ktoś, kto przyjechał z Polski, kraju represyjnego, po przybyciu do UK zaczyna się dziwić, że nie dostał od policjanta w mordę,  nie łażą za nim windykatorzy, a skrzynka pocztowa nie pęka od setek wezwań i zawiadomień.
 Po pewnym czasie przestajesz bać się otwierania drzwi, i odbierania telefonów.
Wkrótce z zaszczutego zająca, zmieniasz się w spokojnego misia, który nie będzie srał ze strachu, ilekroć zapuka do niego listonosz. Serce zaczyna bić spokojniej, ustaje drżenie rąk i kolan. Stolce znowu są regularne, i nawet zgaga ustępuje...


Zwykła sytuacja – zapomniałeś zapłacić obowiązkową składkę ZUS, lub wysłać roczne rozliczenie podatków na czas.
Jak to wygląda w Polsce?
Ano tak…


W czujnych urzędach paru ludzi zaciera łapy z radości. Mamy gnoja!
Rusza machina represyjna, bo będą premie za czujność. Celem nadrzędnym polskich urzędów jest udupienie obywatela.
Najpierw uruchamia się straszenie, żeby petent ze strachu się zesrał, i poczuł potęgę władzy. O ile w Wielkiej Brytanii nie praktykuje się spotkań osobistych z urzędnikami, w Polsce jest to normą. Wygląda na to, że polscy urzędnicy lubią popatrzeć w oczy swoim ofiarom. I nikogo nie interesuje, czy w tym dniu mamy możliwość zwolnienia się z pracy, czy nie. To my mamy służyć urzędom, a nie odwrotnie...


Kiedy jakimś cudem jednak nie daliśmy się zastraszyć, urzędnicy ruszają na polowanie z nagonką. Polowania na szarego obywatela to ich żywioł.


I choćbyśmy nie wiem jak się bronili, w końcu i tak polegniemy, bo urzędnik zawsze ma rację…


W UK wygląda to inaczej. Owszem, najpierw dostajemy pismo, w którym niezwykle ostrożnie i bardzo kulturalnie informuje się nas, że prawdopodobnie zaszła jakaś pomyłka lub szwankowała poczta, bo do dziś nie otrzymano naszej wpłaty lub zeznania. Zawsze jest dopisek, że jeśli jednak wpłatę dokonano, proszą nas o potraktowanie tego pisma za niebyłe…



Treść tych pism i ich forma musiała być konsultowana z psychologami, bo czytając je, ma się wrażenie, że tak naprawdę jesteśmy czyści jak źródlana woda, a niedopłata lub brak wpłaty, to zapewne wynik jakiegoś głupiego niedopatrzenia, prawdopodobnie nie mojego.
Załóżmy, że jednak postanowiliśmy się pobawić ze skarbówką i uparcie nie płacimy, ani nie odpisujemy na pisma.
Wtedy otrzymujemy kolejne pismo, przypominające, że do dziś nie odnotowano żadnej wpłaty, i zachodzi obawa, że mogą grozić nam karne odsetki, przed czym urząd chciałby nas uchronić.
Dodam, że karne odsetki są bardziej śmieszne niż groźne.
Olewamy i to pismo. W tym czasie w Polsce najprawdopodobniej nie mamy już większości mebli ani telewizora...


A w UK otrzymujemy kolejne pismo od jakiegoś niezwykle cierpliwego urzędnika, najpewniej dotkniętego autyzmem, w którym ponownie prosi się nas o dokonanie wpłaty, bo oprócz karnych odsetek, może grozić nam zmniejszenie wiarygodności kredytowej.
Ignorujemy i to pismo.
W Polsce w tym czasie gramy z kolegami z celi w szachy wykonanymi z chleba, i poznajemy historię ich tatuaży...


Tymczasem w Zjednoczonym Królestwie, przychodzi następne pismo od urzędnika ze skarbówki, który prosi nas o dokonanie wpłaty, a jeśli z pewnych przyczyn jest to niemożliwe, proponuje nam możliwość uregulowania należności w ratach, których wysokość mogą nam zasugerować, lub sami możemy je zaproponować.
W tym czasie w Polsce jako obywatel jesteśmy w zasadzie skończeni. Pozbawieni ubezpieczenia, zdolności kredytowej i zapewne pracy.  Uciekła od nas żona, dzieci zmieniają nazwiska, przyprawiają sobie brody, i udają że nas nie znają.


Zaczynamy pić… Pojawia się Straż Miejska i proponuje mandat za picie w miejscu publicznym. Nie mając pieniędzy, godzimy się na odsiedzenie mandatu, i wracamy do partyjki szachów z nowym kolegą z celi…
I tak to niestety wygląda...
Ktoś powie, że przesłodziłem obraz brytyjskich urzędów, ale tak nie jest.
Zdarzyło mi się kiedyś zapomnieć zapłacić składkę ubezpieczeniową, i poleciałem do Polski na parę miesięcy. Kiedy wróciłem, zebrałem wszystkie pisma, a potem dokonałem wpłaty. Tydzień po tym, otrzymałem pocztą pismo z podziękowaniem za dokonanie wpłaty.
 W Polsce pod względem traktowania obywatela przez urzędy jesteśmy Bangladeszem pośrodku Europy. Przepisy i ustawy konstruowane są tak, żeby Polakom nie było za lekko. Petent wchodzący do urzędu wyluzowany i uśmiechnięty wzbudza podejrzenia urzędników, którzy zrobią wszystko, by zdjąć uśmiech z jego twarzy...
Być może ktoś mądry kiedyś stwierdził, że Polaków należy trzymać krótko, bo inaczej zaczną kombinować,  i jakieś wewnętrzne przepisy każą zatrudniać w urzędach ludzi o sadystycznych upodobaniach?
Nie mam pojęcia, wiem za to, życie w stresie jest w Polsce normą, a ja mam za słabe nerwy na takie życie.
Dlatego stwierdziłem, że pieniądze owszem, są ważne, stabilne zatrudnienie za rozsądne pieniądze też, ale o wiele ważniejszy jest wewnętrzny spokój, którym się właśnie delektuję, a o który w Polsce trudniej, niż o ośmiorniczki w restauracji...




"Zgnilizna" oficjalnie już w sprzedaży...

  Cóż więcej mogę dodać? Może to, że jest dostępna w każdej księgarni, a także to, że mój wydawca zatroszczył się także o wydanie jej w form...

Najchętniej czytane