Projekcja perfum, czyli jestem z miasta, co widać, słychać i przede wszystkim czuć...


Czym różni się projekcja perfum od ich trwałości?
Skrótowo rzecz ujmując, projekcja to wymiatanie perfum ze strony nosiciela w kierunku osób drugich, trzecich, a czasem  (niestety) trzydziestu trzecich.
Trwałość to oczywiście czas, jaki upływa od aplikacji perfum, do ich śmierci na skórze.

O ile jestem w stanie zrozumieć, jak ważny jest parametr trwałości, to pogoni za monstrualną projekcją zapachu, już nie. Owszem, lubię czuć na sobie perfumy, bo przecież po to je kupiłem, natomiast częstowania nimi otoczenia już nie. Być może jestem dziwakiem, ale nie czuję potrzeby zaznaczania swojego terenu za pomocą zapachu (nie chodziło mi o wiatry), bo dla mnie to objaw złego smaku. Wędrując po perfumowych forach i czytając recenzje pachnideł, czuć wszechogarniający głód za zapachami z dużą i długo trwającą projekcją, węsząc spisek firm perfumeryjnych. A według mnie, firmy te, zwłaszcza prestiżowej marki, mają świadomość, że tworzą zapachy dla ludzi o wysokiej kulturze osobistej, które oczekują wykwintnego bukietu zapachowego, przy okazji dyskretnego, bo w kołach ludzi dobrze sytuowanych i obytych w świecie, nadmierne epatowanie wonią świadczy o braku kultury. Oni nie potrzebują pachnieć, jak milion dolarów, bo zarobili go już dawno. Perfumy mają być szykowne, z klasą, a wszystko razem powinno być wysokiej jakości. Ubierają się w stonowane garnitury, bo nadmierna ekstrawagancja jest oznaką złego smaku...

 I choć wielu z nich stać na Lamborghini, najczęściej jeżdżą Toyotą Prius, bo mają świra na punkcie ochrony środowiska.

Żeby szerzej ogarnąć kulturę używania perfum przez Polaków, trzeba chyba sięgnąć do historii naszego kraju, a ta przez długie lata serwowała nam wiele bólu i biedy.
W czasach, kiedy Zachodnia Europa pławiła się w dostatku, nasz naród walczył o swoją niepodległość. Rozbiory, powstania (przeważnie nieudane), wojny, wyniszczały nasz kraj i naród.



Trudno się zatem dziwić, że uchodziliśmy za kraj zacofany, co czasem pokutuje do dziś.
Na szczęście upiorne czasy minęły, a cywilizacja powoli zarażała nas zdobyczami techniki, oraz stylem życia.
Tak naprawdę i w liczącej się skali, perfum używamy od niedawna. Wcześniej długo przyzwyczajaliśmy się do mydła, wierząc, że to wystarczy.
Prawdziwy boom nastąpił w latach 90', kiedy jak pelikany łykaliśmy wszystko, co nie było Warsem, bądź Brutalem. Rzuciliśmy się na zapachy, jak wyposzczony żołnierz na drzwi do burdelu, zlewając się nimi obficie, jakbyśmy chcieli gwałtownie odbić sobie dawną biedę i zacofanie cywilizacyjne.
Ulice spowite były oparami czarnych Adidasów, podróbek Fahrenheitów i innymi wynalazkami.
W międzyczasie weszliśmy w XXI wiek...
Mimo otwarcia na świat i możliwości beztroskiego podróżowania gdzieś tam, za paznokciami i w mentalności tkwią w nas jeszcze resztki chłopów pańszczyźnianych i wiele lat minie, zanim znikną na dobre.
Co ma wspólnego gehenna Polaków z projekcją perfum?
Moim zdaniem bardzo wiele.
Niewiele znam ludzi, którzy lubują się w zapachach subtelnych. Dla znakomitej większości ideałem są perfumy z całodobową trwałością i parometrową projekcją, najlepiej też całodobową.
Jest to objaw pewnego deficytu luksusu, który występuje u większości ludzi z biedniejszych krajów. Wydaje się to logiczne, owszem. Problem w tym, że skok z biedy do luksusu usiłują  dokonać błyskawicznie i niewielkim kosztem, a to już brzmi nielogicznie.
Luksus po polsku musi być widoczny z daleka i musi kłuć w oczy sąsiadów. Wtedy ma sens.


Lecz kiedy tylko nadarzy się okazja wyrwania się z biedy, szybko zapominamy o tym, co było,


wspinając się na szczyty, z pominięciem wszelkich szczebli drabiny społecznej i zostajemy królami życia...



Ma być na bogato i tylko to się liczy...
Wiem, że się rozpisałem, ale próbuję przybliżyć genezę pędu ku gigantycznej projekcji zapachów.
To jakaś atawistyczna chęć zamanifestowania, że tu jestem i podziwiajcie mnie. Mam na sobie drogie perfumy, których nie kupisz w Rossmannie i za to należy mi się podziw i szacun.
W dużym uproszczeniu widzę to tak, jak poniżej...


Niestety, jak już pisałem wcześniej, produkcją perfum zajmują się fachowcy, którzy komponują je pod kątem europejskiej klienteli, a ta nie przepada za krzykliwymi zapachami, bo należy to do bon tonu.
Jakoś nie wyobrażam sobie prezydenta Francji pachnącego Joopem Homme...


Zapach ten doskonale wpisuje się w oczekiwania przeciętnego Polaka, bo ma gigantyczną moc i projekcję, od której fruwają firanki w oknach, a kury przestają się nieść...


To całkiem przyjemna woda, ale ze względu na jej niespotykaną moc i niezmywalność, aż boję się jej używać.
Powyższy Joop, to przykład perfum klubowych, więc duża siła rażenia nie powinna dziwić. Wszak większość imprez to skupisko samców Alfa i każdy z nich chciałby zapachnieć najmocniej.
Niestety, niewiedza w temacie używania perfum prowadzi do tego, że osoby te nie widzą zbytniej różnicy między dyskoteką a biurem.


Nie zdając sobie sprawy, że zapachy biurowe z definicji powinny być subtelne i nienachalne, z umiarkowaną lub niewielką projekcją.
Perfumy może kupić każdy, kto ma na nie pieniądze, natomiast nie każdy wie, jak powinno się je nosić.
Pięknym, biurowym zapachem jest dla mnie Yves Saint Laurent L'Homme. 


To naprawdę świetna kompozycja, ale niewielu docenia jej piękno, bo kupując tę wodę w nadziei, że będzie masakryczna,  jak Dariusz "Frankenstein" Piątkowski z MEN.


Tymczasem L'Homme swoją mocą bardziej pasuje do Jadwigi "Chihuahua" Emilewicz...


Potrzebowałem czasu, żeby w końcu dojść do wniosku, że najważniejszą cechą perfum, jest ich kompozycja, pozostałe zaś cechy nie mają dużego znaczenia, a ich projekcja, to dla mnie najmniej istotny parametr.
Naprawdę sprawia wam frajdę to, że wchodząc do sklepu czy biura, będziecie kojarzyć się z obnośnym handlarzem perfum?

Życząc miłej lektury o niemiłej dla wielu treści, stawiam kosz z pomidorami, żebyście dali upust swojej wściekłości. Tylko dajcie im czas, żeby zgniły...
😜


















Arabskie perfumy, czyli ponętny blask odpustowego złota...

Witam po dłuższej przerwie, która nastąpiła w momencie, kiedy Facebook z nieznanych powodów zablokował mi konto, być może na zawsze, bo wyroku do dziś nie otrzymałem.

W ten prosty sposób straciłem kilkuset znajomych i ponad 56 tysięcy fanów, zyskując przy tym dużo wolnego czasu i nadzieję, że poza Facebookiem też istnieje życie.
Dziś chciałbym się zająć tematem męskich, arabskich zapachów, które coraz śmielej wchodzą na polski rynek, a po wielu testach, postanowiłem podzielić się moimi przemyśleniami na ich temat.
Od razu zaznaczam, że miło to raczej nie będzie, bo mój gust znacznie odbiega od tego, co serwuje świat arabski...








Żeby nie być posądzonym o hejt, zacznę łagodnie od informacji, że z całego perfumowego badziewia, wyróżnia się parę marek, które do tematu komponowania perfum podeszły profesjonalnie wynajmując do tej roboty fachowców, często znanych i cenionych.
Przykładem niech będą zapachy firmy Amouage z dalekiego i małego Omanu lub też... Aha, to prawdopodobnie wszystko, jeśli się nie mylę.


Pozostałe firmy postanowiły same tworzyć zapachy z pomocą członków rodziny, znajomych,  oraz przechodniów, bo przeglądając opisy perfum, nie natrafiłem na nazwiska ich twórców.
Zaoszczędzone w ten sposób środki przypuszczalnie przeznaczono na zaskakujący i fantazyjny design flakonów, które często ociekają plastikowym złotem, mieniąc się jarmarcznymi rubinami, szmaragdami i diamentami.
Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze żarówki z pulsującym niebieskim światłem oraz pozytywki wygrywającej Macarenę...



Ze szczytów arabskiej wizji luksusu zejdźmy jednak na ziemię.
Co takiego się stało, że "Araby" ze średniej i dolnej półki zawojowały nasz kraj?
Parafrazując słynny cytat z filmu "Miś" - "(...)Arabskie perfumy odpowiadają żywotnym potrzebom przeciętnego Polaka! To są perfumy na skalę możliwości naszego portfela!. Wiecie, co my robimy tymi zapachami? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie - mówimy - to ma gigantyczną trwałość, kosztuje niewiele i pachnie prawie jak Creed Aventus za psie pieniądze!"
Przecież trzeba być frajerem, żeby za flaszkę Aventusa płacić 1400 złotych, kiedy prawie to samo, można kupić za 150 złotych....


I tu przechodzimy do kolejnej kwestii. Byłem członkiem forów zapachowych, poznałem na nich przeważnie fajnych ludzi, mających zdrowe podejście do zapachów i tak jak ja, szerokim łukiem omijających wszelkie klony i imitacje znanych perfum.
Od dłuższego czasu pozostaję outsiderem, choć przyznam się, że od czasu do czasu zdarza mi się zajrzeć na fora, żeby wiedzieć, czym żyją miłośnicy perfum.
Niestety, coraz częściej napotykam posty w rodzaju "Najlepszy klon Aventusa - ranking".
Na szczytach rankingu królują dwa "Araby", które biją się o laur i  prestiżowy tytuł  "Najlepszej Imitacji Aventusa".
Poniżej przedstawiam dwóch najsilniejszych laureatów:
Pierwszym z nich jest Club de Nuit Intense Man marki Armaf, (trzeba uważać, bo czasem odklejają się diamenty)


Drugim zaś L'Aventure marki Al Haramain Perfumes.


Oba są dla mnie dość ordynarne, choć trwałości trudno im odmówić. Ich zaletą jest niska cena, natomiast podobieństwa do Aventusa jest w nich tyle, ile między Matthew McConaughey a Ryszardem Terleckim...
Ogólnie rzecz ujmując, arabskie zapachy są tanie, trwałe i oba te czynniki czuć. Szczególnie taniość, która wyłazi z nich, jak dżdżownice po deszczu.
Tak to już w przyrodzie działa, że rzeczy tanie, o ile nie pochodzą z kradzieży, swoją taniość muszą w końcu ujawnić.


Kiedy na rynek wchodzi kolejny, arabski klon Aventusa, lub Chanel Bleu, fora zapachowe ogarnia fala entuzjazmu, granicząca z szaleństwem. Ten zapach pachnie sto razy lepiej, niż Chanel, a kosztuje 120 złotych! Inny pachnie dłużej i intensywniej od Diora Sauvage, jeszcze inny lepiej, a jeszcze inny jeszcze lepiej i jest jeszcze tańszy.
Następnym etapem hype'u jest kreowanie teorii spiskowych, w rodzaju - to te same zapachy robione po taniości dla Diora, lub Creeda, ale pod inną nazwą, żeby ich cena rynkowa nie spadła.
Ostatnim etapem jest pojawiająca się fala zwątpienia, czy to na pewno był dobry zakup. Przybywa forumowiczów, którzy zaczynają żałować zakupu, bo mają po nim migreny, lub zapach zaczyna ich irytować.
Głównym problemem z arabskimi pachnidłami jest to, że znakomita ich większość z różnym skutkiem, przeważnie żałosnym, usiłuje kopiować modne perfumy, zamiast kreować własne.
Może i dobrze, bo znając specyficzny arabski gust i pociąg do Baroku, dla Europejczyków mogłyby okazać się niestrawne...


Cały myk polega na zauroczeniu klienta początkowym akordem, który przyciągnie uwagę i zachwyci. To, co dzieje się potem, to tylko czysta improwizacja krążących w nim molekuł i chaos.
W dodatku używa się do tego najbardziej ordynarnych syntetyków, których marność czuć na kilometr, ale dopiero po czasie.
Tak właśnie widzę fenomen arabskich perfum i dziwi mnie, że ludzie, którzy uważają się za miłośników, a nawet speców od perfum tego nie dostrzegają.
To już nie jest kwestia niewiedzy. To wręcz pęd ku tandetnym, kolorowym błyskotkom. Pęd, który jest czymś normalnym dla dzieci, a już niekoniecznie dla kogoś, kto aspiruje do miana konesera zapachów.
Tak naprawdę, wstyd jest w ogóle oceniać te zapachy, bo nie przynosi to splendoru autorowi. To tak, jakby recenzować kopię Rolexa kupioną za 50 złotych od naprutej bułgarskiej prostytutki....
Na Boga, jeśli tak bardzo podoba się ten Aventus, to, zamiast gromadzić stertę tandetnego chłamu, lepiej zaoszczędzić kasę i kupić oryginał. Choćby większą odlewkę, bo wlewanie na siebie arabskich wynalazków, to jak paradowanie na ulicy w butach AdiBas i bluzie PiUma. Jedzie siarą na kilometr...


Piszę ten tekst w oparciu o własne doświadczenia, które zbierałem przez rok, może dłużej. Na szczęście z doświadczeń tych, na mojej półce z napisem "Wtopy", został jeszcze flakonik perfum Silver marki Al-Rehab, które miały być arabską odpowiedzią na zapach Creed Silver Mountain Water i był nią przez niecały kwadrans. 
Po tym czasie zmienił się w tani odświeżacz do kibla.
Piszę ten tekst jako ostrzeżenie dla wszystkich napalonych perfumoholików, którzy z wypiekami na twarzy czytają właśnie entuzjastyczną recenzję na temat kolejnego pogromcy Aventusa za 105 zł.


Uwierzcie, że lepiej wydać te pieniądze na Azzaro Chrome, który ma swój początek, rozwinięcie i koniec, zamiast na  coś, co jakością ustępuje zapachom z Biedry, lub Lidla.
Zresztą, bogatsi Arabowie i tak kupują Diory i Chanele i Creedy, zamiast rodzimych wynalazków o dziwnych nazwach i wątpliwych walorach zapachowych.
Nie ma sensu walczyć z ostrym cieniem mgły, kiedy na rynku jest tak wiele pięknych zapachów,  stworzonych przez ludzi, dla których perfumiarstwo to sztuka i pasja.
Trzymajcie się i nie dajcie zabić przez te małe i obleśne gówno o tajemniczym imieniu COVID-19...









Trwałość perfum - luźne dywagacje...

Ten temat to jeden z głównych, pojawiających się na perfumowych forach. Prawdę powiedziawszy, trochę mnie to śmieszy, bo zbierają się ludzie podobno zakochani w perfumach, podobno mają na ich temat wiedzę, a zadręczają się tym, że zapach, który ich interesuje, ma trwałość zaledwie pięciogodzinną, bądź jeszcze krótszą, a projekcję tak mizerną, że muszą szorować nosem po rękach, jak zapchlone szympansy, żeby wychwycić uciekające z nich piękno.



Oczywiście, najczęściej obwiniają tym reformulacje i skąpstwo producentów, którzy (przypuszczalnie) celowo rozwadniają zapachy po to, żeby zaoszczędzić na składnikach. Naczytałem się o tych teoriach wiele razy i teraz wywołują u mnie jedynie grymas politowania.
Ludzie ci lubują się w vintage'u i często wspominają, że kiedyś robiono wyłącznie killery. Mają rację. Tyle że moda tamtych czasów też była specyficzna...


Poza tym producenci nie mieli takich ograniczeń jak teraz, kiedy pod rygorem restrykcyjnych przepisów, wiele naturalnych składników musiano zastąpić syntetykami....

Ale wracając do tematu, zauważyłem, że te najpiękniejsze, a przy tym z wysokiej półki perfumy pachną znacznie krócej od tanich i skierowanych do mniej wymagającego klienta.
Przykład pierwszy z brzegu - seria Aqua Allegoria firmy Guerlain.



Praktycznie większość zapachów tej serii to dzieło sztuki perfumeryjnej z kulejącą trwałością. No i dylemat - brać, czy nie brać? 
Wybór wydaje się oczywisty, skoro zachwyca, trzeba brać. To nie są perfumy z marketu. Kupują je klientki, które stać na luksusowe perfumy, więc płakać nad słabą trwałością nie będą. Co najwyżej dokupią flakon albo dwa. Wszak perfumy kupuje się za ich piękno. Inne aspekty schodzą na dalszy plan, a przynajmniej powinny.
Tylko my Polacy chcemy mieć wszystko, co najlepsze w jednym, najlepiej za złotówkę. Więc zakrzywiamy rzeczywistość. Kupujemy posklejane przez blacharza Audi za równowartość Fiata punto i już wchodzimy do klasy średniej. Proste? Proste...


W Internecie pojawia się sporo porad, jak przedłużyć trwałość perfum, ale w praktyce różnie z tym jest. Wiadomo, że do suchej skóry nawet piasek się nie przylepi, ale to nie znaczy, że przed wyjściem do pracy muszę dodatkowo nakładać na siebie mazidła, żebym dłużej pachniał.
Perfumy stworzono po to, żeby stapiały się ze skórą, która dzięki swojej temperaturze i zapachowi, tworzy z nimi dzieło skończone. Perfumy się chłonie, a nie nakłada jak maść. Wystarczy porównać ten sam zapach na własnej skórze i na blotterze, żeby się o tym przekonać.


Blotter daje tylko bardzo teoretyczne pojęcie, jaki to jest zapach.
Inną rzeczą jest, jak różnie odbieramy nuty zapachów. Część z nas z daleka wyczuje cytrynę, ktoś inny białe kwiaty, a dla innych osób te składniki będą mało wyczuwalne, lub wcale.
Mam znajomą, która wyczuwa czosnek i cebulę w potrawach, w których ich nie ma. Po prostu jest wyczulona na te składniki i czuje je wszędzie.
Znaczy to, że nosy bywają zawodne i najczęściej czuje się zapachy, które nas intrygują, a najczęściej te, które irytują. To dlatego, wiele perfum, których nie znosimy, powodują irytację, z powodu, że "takie brzydkie, a takie długotrwałe".  A przecież nie od dziś wiadomo, że piękno jest ulotne, a psie gówno na podeszwie będzie trwać i trwać...


Innym wytłumaczeniem rzekomej słabej trwałości zapachu jest fakt, że kiedy często go używamy,  nasz nos się do niego przyzwyczaja traktując go, jak domownika. Stąd często mylne mniemanie, że zapach dawno z nas znikł, tymczasem otoczenie czuje go wyraźnie.


No tak, ale my też chcemy go czuć. Co zazwyczaj robimy? Z tygodnia na tydzień zwiększamy jego dawkę do momentu, kiedy koledzy i koleżanki w biurze wymiotują na sam nasz widok, bądź ostentacyjnie dają nam do zrozumienia, że mają dość nas i naszych perfum...


Trzeba pamiętać, że zapachy bywają kapryśne. Mam parę słabeuszy, które w ciepłe dni milkną po 2-3 godzinach, za to w niskich temperaturach szaleją na mojej skórze. Mam też takie, które mają odwrotną przypadłość. Posiadam zapachy, które cierpią na agorafobię. W pomieszczeniach zamkniętych cudownie się rozwijają, natomiast na zewnątrz bardzo szybko gasną.
Tak wiele czynników ma wpływ na trwałość perfum, łącznie z nastrojem nosiciela, że nie zwalałbym winy na reformulację.
Ja na szczęście nie narzekam na trwałość zapachów. Przede wszystkim dlatego, że nie przepadam za perfumami, które czuję na sobie całą dobę. Po południu lub wczesnym wieczorem lubię zmienić zapach, bo inaczej, czuję się, jakbym cały dzień spędził w jednym, przepoconym, zakurzonym swetrze. Przekonałem się, że warto zmieniać perfumy. Wtedy odkrywamy je jakby na nowo, a przy okazji nawet słabowity zapach po dłuższym nieużywaniu, kiedy sięgam po niego ponownie, dostaje skrzydeł, merda ogonkiem i staje się znacznie trwalszy. Czary?


Nie, to nasz nos odwykł od niego.
Dlatego uważam, że przy wyborze zapachu priorytetem powinna być sama jego kompozycja i to, jak się z nim czujemy. A kiedy znajdziemy perfumy, które nas uwiodą, nie przejmujmy się ich trwałością. Zawsze można nosić przy sobie odlewkę i od czasu do czasu dyskretnie walnąć sobie delikatną dawkę wspomagającą...


O tym że miał być ranking najpiękniejszych perfum roku 2018, ale go nie będzie…

Nie będzie, bo niestety z roku na rok, coraz mniej premier powoduje u mnie szybsze bicie serca. Coraz częściej mam też wrażenie, że perfumiarstwo przestaje być sztuką tworzenia, a staje się sztuką zarabiania i szukania jeleni, którzy skuszeni samą nazwą prestiżowej marki, będą łykać wszystko jak pelikany.


Jednym z symptomów tego trendu jest obserwowany przeze mnie od paru lat wysyp tzw. flankerów, czyli odmian zapachu-protoplasty. Mnogość odmian z dopiskiem „Absolu”, „Legere”, „Eclat”, „Extreme”, Intimate”, „Sparkle” i tym podobnych każe mi myśleć, że firmy więcej wydają na językoznawców, bądź poetów, niż na kreatorów perfum.



O tym, że określniki te są wyłącznie chwytem marketingowym i zwykłym pieprzeniem w bambus jest to, że zapachy z dopiskiem „Extreme”, bądź „Intense”, bardzo często mają mniejszą moc i „zasięg rażenia”, niż wersje podstawowe, pozbawione tych imponujących ozdobników literackich.
Bo zaiste ciekawym jest to, że o ile zapach pierwotny ma najczęściej swojego twórcę wymienionego z imienia i nazwiska, zazwyczaj z pokaźnym dorobkiem swych dokonań, o tyle flankery bardzo często są „sierotami”, do których nikt nie chce się przyznać.
Stworzenie i wypromowanie perfum z pewnością pochłania spore koszty, dlatego wcale mnie nie zdziwi, kiedy okaże się, że w pogoni za obniżeniem kosztów, jakiś flanker stworzy kiedyś sprzątaczka, albo dziecko księgowej, w ramach umowy o dzieło.


Naprawdę zabierając się za ten post, początkowo chciałem ułożyć ranking najpiękniejszych perfum, które pojawiły się w tym roku, ale bardzo szybko uzmysłowiłem sobie, że mój ranking zawierałby jedynie dwie pozycje damskie i żadnej męskiej, bo przy panującej bryndzy na rynku perfumeryjnym, z trudem udało mi się wyłowić tylko dwie perełki.
 Jedną z nich to prześliczny L'Interdit od Givenchy, o którym już wcześniej wspominałem,


drugim zaś faworytem jest także wcześniej chwalony Calvin Klein Women.


Po drodze było jeszcze parę interesujących zapachów, jednak tylko te dwa mnie uwiodły.
Z bólem serca donoszę, że mimo wielu testów, żadna z męskich tegorocznych premier nie poruszyła mnie na tyle, żebym z czystym sumieniem mógł ją tu umieścić. Dlatego zamiast zdjęcia męskich perfum, wrzucam śmiejącego się Murzyna...
https://media.giphy.com/media/1PgPvWLfXGkCY/giphy.gif

Trwa chyba kiepska passa tuzów światowego perfumiarstwa. 
Guerlain rozmienia się na drobne i goni w piętkę, co chwilę wypuszczając bezsensowne flankery flankerów Allegorii i Habit Rouge tak intensywnie, że niebawem sami nie będą wiedzieli, co produkują, a katalog ich perfum będzie miał kilkaset stron.
Zeszłoroczna, długo oczekiwana premiera zapachu Garbrielle okazała się niewypałem, a tegoroczny, także wytęskniony, nowy zapach Dior Joy wydaje się podobnym nieporozumieniem, który z powodzeniem mógłby konkurować z perfumami firmy Avon. Niewiele tu Joy'a jak za cztery stówy...


Myślę, że powoli trzeba się oswajać z myślą, że będzie raczej gorzej, niż lepiej. Żyjemy w czasach, w których rządzi „taniość”. Rynek pędzących w dół cen towarów niegdyś luksusowych, utrwala w świadomości konsumenta mit, że luksus może być tani. Dlatego stare, ekskluzywne marki z tradycjami, muszą ciąć koszty, żeby przeżyć, bo na rynku perfumeryjnym też robi się ciasno. 
Przybywa nowych „producentów” o egzotycznych nazwach, chyba wschodnich korzeniach i wymyślnych flakonach, którzy w sprytny sposób systematycznie i coraz silniej zaznaczają swoją obecność na półkach drogeryjnych, kuszących niskimi cenami tych, którzy nie odróżniają Guerlaina od Adidasa. 


Kogo dziś obchodzi, czy wyjątkowa odmiana róży będąca składnikiem perfum X zbierana była na specjalnej plantacji o poranku przez dziewice, czy jest tylko substancją chemiczną pochodzącą z połączenia etanolu z dwupierdzianem grochu?
Obawiam się, że niewielu…
Mnie oczywiście obchodzi, choć mam świadomość, że piękna baśń o sztuce perfumeryjnej prędzej czy później skończy w muzeum zramolałych eksponatów.
Zakończę mój wywód akcentem optymistycznym. To, że coraz mniej nowości powoduje drżenie serca, nie powinno być problemem w sytuacji, kiedy na półkach mamy tak wiele przepięknych i uznanych zapachów starszych, a których wszystkich i tak nie będziecie w stanie poznać.
Po co uganiać się za nowościami, kiedy nie poznaliście jeszcze starego, dobrego YSL Opium (szczególnie w wersji EDT), 


który mimo upływu lat, nadal pozostaje kamieniem milowym damskiego zapachu i wcale nie wydaje się babciny? 
A próbowaliście Perles De Lalique z 2006 roku? 


Gucci Rush z 1999 roku, który wymiata? 


A perfumy firmy Miu Miu, które wszystkie bez wyjątku są przepięknymi kompozycjami?



Nie? No to koniecznie spróbujcie, bo ja dam się za nie pochlastać…
Kończąc, wszystkim moim czytelnikom i ludziom, którzy NIE życzą mi skręcenia karku, bądź połamania kończyn, z okazji Nowego Roku 2019 życzę spełnienia marzeń, finansowych sukcesów, oraz doskonałej kondycji psychofizycznej, czyli zdrowia...




"Zgnilizna" oficjalnie już w sprzedaży...

  Cóż więcej mogę dodać? Może to, że jest dostępna w każdej księgarni, a także to, że mój wydawca zatroszczył się także o wydanie jej w form...

Najchętniej czytane