Męskie letnie zapachy, czyli czym pachnieć w piekarniku...


Niby nowe odkrycia, choć tak naprawdę, nie są to żadne nowości zapachowe. Tylko dwa z nich pojawiły się niedawno. Pozostałe istnieją na rynku od paru lat, ale nigdy o nich nie pisałem, więc teraz to zrobię, bo uważam je za interesującą propozycję na nadchodzące lato, choć nie ukrywam, bardzo lubię używać ich także w pozostałych porach roku.
Tym razem skupię się na ich utylizacji w warunkach wysokich temperatur.
Jak wygląda lato, wszyscy wiemy. Na lato składa się upał, często wysoka wilgotność oraz w przypadku silnych upałów, uczucie umierania w piekle. Upałom często towarzyszy pot oraz ociężałość ruchowa i umysłowa. Zwłaszcza kiedy upał dopada nas w mieście.
Czy w takich warunkach ktoś myśli o używaniu perfum? Owszem - nieliczni, dla których jedynym dniem bez zapachu, to ten, kiedy udajemy się na spotkanie ze świętym Piotrem.
Żeby dłużej nie nudzić, przejdę do sedna, czyli do perfum, które nie tylko uszlachetnią smród naszego potu, ale doładują nas wrażeniem chłodu, świeżości, rześkości oraz lekkości...


Na pierwszy ogień zaproponuję perfumy, które świetnie pasują do letniego dnia, lecz bez upału. To taki dzień, kiedy mijani przechodnie mają w miarę przytomny wzrok, psom chce się kopulować na trawnikach, zaś pot spływa po nas umiarkowanie.

Zaczynamy...

Issey Miyake L'Eau Majeure d'Issey 



Pierwsze spotkanie z tą wodą nie zrobiła na mnie wrażenia. Ot, takie nic pozbawione wyrazu.
Wówczas musiałem mieć jakiś problem z nosem bądź zapach poprawiono, bo rok po tej próbie dałem mu jeszcze jedną szansę, tym razem używając go globalnie.
I to był strzał w dziesiątkę. Nie spodziewałem się takiej wolty.
Niby nic odkrywczego, czuć syntetyki, ale po użyciu L'Eau Majeure od razu poczułem się jak na rozgrzanej plaży w Juracie. Słony zapach piasku, morska woda, wodorosty i to wszystko, co wywąchujemy, leżąc latem na plaży. Klimat Invictusa, ale z większym kopem.
Trwałość tej wody również mnie zdumiała, bo jej morska aura trzymała mnie co najmniej osiem godzin.
Zapach spodobał mi się do tego stopnia, że kiedy na rynku pojawiła się Super wersja tych perfum, kupiłem ją w ciemno, choć tego Supera nie wyczuwam, ale podobno tam jest...


W każdym razie gorąco polecam, choć tak, jak zaznaczyłem, w upały ten zapach może zabić, a przynajmniej ogłuszyć...

Kolejnym faworytem na mojej liście jest:


Mugler  A*Men Kryptomint




Kryptomint jest niebanalną wodą, lecz nie dziwaczną. Początkowo wydał mi się niezły, ale daleki od bycia czarującym.
Dopiero po paru kwadransach do mojego nosa zaczęły docierać coraz piękniejsze aromaty. Dzień był ciepły, słoneczny, więc wydaje mi się, że chyba takie warunki najlepiej uwalniają z niego piękno.
Kryptomint to mięta w zaskakująco ciekawym wydaniu. Trochę osłodzona czekoladą, z ciekawą, "gumową" nutą w tle.
Dzięki tej mięcie i czekoladowo-miętowych akcentach, czuję się nadzwyczaj rześko. Nie testowałem go w trakcie upałów, ale chyba bym się bał.
W każdym razie polecam. Naprawdę fajny ten Kryptomint...

Kolejna propozycja to zapach kobiecy. Dokładnie tak, ale klasyfikację tych perfum uważam za chybioną, bo nie wyczuwam w nim żadnych kobiecych akcentów.
Kobiecości w nim tyle ile w Clincie Eastwoodzie. Wyczuwam za to wspaniałą świeżość. Mowa o...

Hermès  Eau des Merveilles



...a kiedy nieomal straciłem nadzieję na znalezienie zapachu, który wyrwie mnie z butów, przypadkiem nadziałem się na flakon Hermesa Eau des Merveilles edt.
No i zwariowałem na jego tle. Do tego stopnia, że nie potrafię oderwać nosa od nadgarstka. Subtelny, lekki, świeży, z początku pomarańczowo żywiczny przechodzący w aromaty leśne, potem morskie, a końcowe akordy cedrowe powodują, że jestem na pograniczu nirwany.
Oczarowany, zanurzony w chmurze Hermesa, pozostawiam Was z pytaniem - a może warto go choć spróbować, skoro ten gościu tak się nim podnieca?

Kolejna woda, którą przypadkiem odkryłem jest uniseksem
W życiu nie spodziewałbym się, że flakon bardziej przypominający taki do toniku do twarzy, niż do perfum, zawiera taką ambrozję. A jest nią:

Eau de Givenchy (2018)




Jakże urocze doznanie...
Nijaka nazwa tych perfum może zmylić, dlatego wcale mnie nie dziwi, że tak niewiele jest recenzji na temat Eau de Givenchy (2018). Tak samo, jak sklepów, które go oferują. Mnie to nie martwi, zapas już zrobiłem.
Ten zapach to wspaniała, aromatyczna bomba nerolowo-cytrusowa , która wyróżnia się mocnym akordem neroli, który trwa i, trwa i gra tu główną rolę.
Delikatne nuty zielone, ziołowe i zabłąkany migdał dodają elegancji i klasy, natomiast, kiedy do gry wchodzi subtelne piżmo, robi się przytulaśnie i seksownie.
Dzięki swojej nieprzeciętnej mocy raczej nie będzie nadawał się na mega upały, choć przy delikatnej aplikacji, kto wie?
Eau de Givenchy (2018) nie jest typowym zapachem kolońskim, sportowym itp. Owszem, jest niezwykle świeży i rześki, pogodny i wiecznie uśmiechnięty. Cholernie energetyzujący i dający kopa, jak dobrze zaparzone espresso, który doskonale pasuje także do garnituru. Czuć klasę na miarę Givenchy. Tylko z pozoru wydaje się zapachem prostym. Trzeba pozwolić mu pobujać się i pomyszkować po ciele, żeby poczuć drzemiącą w nim elegancję.
Miłośnicy Neroli Portofino Toma Forda z pewnością docenią Eau de Givenchy (2018) i być może podobnie jak ja stwierdzą, że poza ceną, zbytnio się od siebie nie różnią ani klasą, ani jakością użytych składników, choć na pierwszy rzut nosa, Givenchy zdaje się bogatszy w składniki.
Jeśli zaś chodzi o trwałość i projekcję, na mnie Givenchy nokautuje Toma Forda kopem w krocze, bo pachnie co najmniej 10 godzin. Tkwię sobie w tej cytrusowo-nerolowej chmurce i aż żal iść pod prysznic...
Czy to naprawdę unisex? Według mnie raczej męski niż damski, ale niech kobiety się wypowiedzą.

Kolej na moją cytrusową miłość, czyli:

Hermes Terre d'Hermes Eau Tres Fraiche



Ostatnie lata obfitowały w wysyp męskich, orzeźwiających i nieskomplikowanych zapachów. Wiele z nich wciągnęło mnie na tyle, żeby znaleźć miejsce na moich półkach.
Jako miłośnik świeżych perfum nie mogłem przejść obojętnie obok propozycji Hermesa, zwłaszcza że ten zapach wyraźnie odróżnia się od tego, co oferuje mi Dior Homme Cologne, czy Chanel Allure Home Sport Cologne.
Hermes Terre d'Hermes Eau Tres Fraiche to przede wszystkim doskonałej jakości ożywczy zastrzyk energii złożony z soczystych mandarynek i pomarańczy, a gdzieś daleko w tle, wybrzmiewa ojciec linii Terre...
Jak na Hermesa przystało, wysoka jakość tego zapachu powoduje, że oprócz nieziemskiej świeżości, czuję klasę i elegancję tej kompozycji.
Na obecną chwilę nie znam nic bardziej szykownego, jednocześnie lżejszego i świeższego od powyższego Hermesa.
Terre d'Hermes Eau Tres Fraiche, to wszechmiar doskonałe, eleganckie i energetyzujące perfumy z klasą i potężnym mandarynkowym kopem.
Nazwa "Tres Fraiche" nie jest przesadzona. On naprawdę jest Tres Fraiche, z akcentem na Tres...

Czas na prawdziwych wojowników z upałami. Poniższe propozycje mają tę przewagę nad poprzednimi, że dzięki prostocie kompozycji, nawet bardzo wysokie temperatury nie zmienią ich kompozycji w słodką pulpę.
Pierwszym zapachem, który dziwnym trafem umknął mojej uwadze, jest bliźniakiem flagowej wody marki Issey Miyake, czyli klasyka  L'Eau d'Issey Pour Homme.
Mam na myśli:

Issey Miyake  L'Eau d'Issey Pour Homme FRAICHE




Celowo uwydatniłem końcówkę Fraiche, bo jest niezwykle istotna.
Zazwyczaj flankery uchodzą za niedorobione kontynuacje jakiegoś szlagieru, a powstają, w celu skubania z kasy tych, którzy pokochali pierwowzór.
Zazwyczaj, bo czasem zdarzy się cud i flanker staje się co najmniej tak dobry, jak jego "ojciec/matka". Tak właśnie stało się z wersją Fraiche.
Na pierwszy rzut oka zdaje się być niczym więcej niż klasykiem. Nawet napisu Fraiche na flakonie nie znajdziecie. Jedyną różnicą między flakonami jest taka, że klasyczny L'Eau d'Issey Pour Homme ma flakon matowy, zaś Fraiche przezroczysty.
Mimo że flanker, L'Eau d'Issey Pour Homme Fraiche jest wysokiej klasy wodą, godną nosić logo Issey Miyake.
A teraz konkretnie...

Kapitalny zapach nie tylko na lato. Upały też mu niestraszne...
Bardzo podobny do klasycznego L'Eau d'Issey, choć dla mnie wydaje się lepszy, a w dodatku trwalszy. Zastąpienie yuzu cytrusami spowodowało, że zapach jest subtelnie "oddziwaczony".
Dzięki tej podmiance L'Eau d'Issey Pour Homme Fraiche zyskał na głębi i nosi się go wyśmienicie.
Oczywiście klasyk jest równie piękny, ale jego otwarcie dla niektórych może być zbyt trudne.
Uważam, że L'Eau d'Issey Pour Homme Fraiche jest jednym z czołowych świeżych zapachów, które śmiało mogę polecić tym, dla których świeżość niekoniecznie musi kojarzyć się z ogórkiem.
Piękny, odświeżający, z nieziemską bazą, szczyptą seksapilu i ponadprzeciętną trwałością.
Zapach komplementowany przez otoczenie, poprawiający samopoczucie, dający energetycznego kopa i przyjemność noszenia go na sobie.
Żałuję, że tak późno go poznałem...

I przechodzimy do ostatniej pozycji, czyli do perfum, o których wspomniałem już w poprzednim poście. Chodzi o...

Zara Vibrant Leather Summer



Cóż mogę dodać do tego, co napisałem o nim poprzednio? Niewiele, ale ten zapach musi być w tym zestawieniu, bo nazwa Summer zobowiązuje.
Tej wody nie zabije nawet temperatura rozgrzanego piekarnika. W najgorszym razie będziemy pachnieć, jak skrzynka cytryn, która wpadła pod koła ciężarówki.
Rześkość w najczystszej formie. Zapach orzeźwia, chłodzi, przewietrza, ożywia i robi wszystko to, co letni zapach powinien czynić  w lecie.
Atrakcyjna cena jest jego dodatkowym atutem. Nic, tylko brać...

Oczywiście lista zapachów mogłaby być dłuższa, ale nie będzie, bo o kolońskich Diorach, Chanelach już pisałem, albo zrobili to inni. Chciałem zaproponować coś odmiennego. Coś, co być może wielu z was przeoczyło, bądź zignorowało.
Cóż mógłbym jeszcze dodać? Chyba tylko to, że nawet najpiękniejsze perfumy nie zastąpią prysznica.



Mimo panującej pandemii bezczelnie życzę miłych wakacji...


Nowe męskie perfumy - moje niedawne zauroczenia...

Mimo okazałej kolekcji zapachów, od czasu do czasu wpadam do jakiejś większej perfumerii w nadziei, że znajdę coś, co mnie zaskoczy na tyle, żebym uwierzył, że sztuka perfumeryjna nadal jest sztuką, a nie fabryką aromatów.



Przyznam, że coraz trudniej trafić na interesujące pozycje, mimo że nie należę do osób szczególnie wymagających, ze zdeformowanym, bądź zmanierowanym  zmysłem powonienia i uważających, że jedynie niszowe perfumy warte są uwagi.

Co to, to nie...
Natomiast przewąchując niedawne premiery męskich zapachów, z bólem stwierdzam, że na półkach nowości króluje banalność, oraz nijakość.
W dodatku większość z nich jest do siebie niepokojąco podobna, jakby były stworzone metodą copy-paste...



Powoli narastało we mnie przeświadczenie, że większość perfum wartych mojej uwagi od dawna stoi na półkach mojej witryny i nie ma potrzeby drążyć tematu, bo brak innowacyjności i spadek jakości, to znak naszych czasów, w których największą część kosztów perfum pochłania marketing...


I tak bym sobie tkwił w tym przekonaniu, gdybym przypadkiem nie natrafił na zapachy, które wlały we mnie nadzieję, że jednak nie wszystko stracone.

Dziś przedstawię moich niedawno poznanych faworytów.
Od razu uprzedzam - niektóre z propozycji nie są proste i 
łatwe w odbiorze, przynajmniej na początku, ale zdecydowanie warte są uwagi.
Żeby nie przedłużać wstępu, przejdę do konkretów.


Zaczniemy do perfum, które po prostu nie mogą się nie podobać, czyli od


Yves Saint Laurent - Y Live



To nie mogło się nie udać.

W Y Live wpakowano wszystko, co w mainstreamie najpiękniejsze i na topie. Dla miłośników dziwolągów brzmi to obleśnie, ale mam to gdzieś.
Wg. Wikipedii perfumy to: "nazwa kosmetyków, których jedynym zadaniem jest nadawanie różnym obiektom (zwykle ciału człowieka) przyjemnego i długo utrzymującego się zapachu", a nie smrodu (uwaga autora posta), więc YSL Live doskonale wpisuje się w tę definicję.
Y Live jest przestrzenną, bardziej wyluzowaną krzyżówką zapachów Bleu de Chanel oraz Diora Sauvage, przyozdobioną kwiatem pomarańczy i seksownym imbirem, z jakiego słyną Laurentowskie zapachy w rodzaju L'Homme i La Nuit de L'Homme. Bergamotka i jałowiec dodają tej wodzie wigoru, świeżości i atrakcyjności.
Kiedy całość sygnował Yves Saint Laurent i w dodatku ma ona satysfakcjonującą trwałość oraz projekcję, nie trzeba być dyplomowanym prorokiem, żeby przewidzieć, że Y Live stanie się hitem.
Przed zakupem testowałem także wersję EDP, jednak na tle Y Live okazała się nudna i monotonna. Oczywiście jest także pięknym zapachem, ale brakowało mi w nim przestrzenności, świeżości oraz czegoś energetycznego, co znalazłem w wersji Live.
YSL Y Live zbiera komplementy w ilościach, w jakich ja ostatniej jesieni zbierałem prawdziwki, czyli sporych.
Pomijając aspekt atrakcyjności dla otoczenia, noszenie tego zapachu sprawia prawdziwą frajdę. Jest tu zarówno elegancja, jak i luz oraz spora dawka luksusu, jaki tkwi w rdzeniu tej wody.
Podsumowując, YSL Live jest piękny i nosi się go z prawdziwą przyjemnością, a jego nietuzinkowy flakon z pewnością będzie perełką na półce z perfumami...

Kolejnym, moim zdaniem cholernie udanym, jest kontrowersyjny, przez wielu uważany za dziwoląga będącym dla mnie genialnym i unisexowy. Mowa o...


Gucci Mémoire d’une Odeur 



Nie jest to zapach, którego odlewki będą krążyły po przeróżnych grupach zapachowych, bo żaden z niego "panty dropper", bądź killer, a tylko takie rodzaje zapachów wywołują rumieniec pożądania. Statystyczny Janusz lub Grażyna raczej nie zwrócą na niego uwagi. Tym bardziej nie zrobi tego statystyczny Seba.
Mémoire d’une Odeur oprócz swojej trudnej do zapamiętania nazwy nie jest ani dziwny, ani dziwaczny. To zapach metafizyczny...
Unikatowa woń i wyżyny sztuki perfumeryjnej. Najbardziej "inteligentny" zapach z jakim miałem dotąd do czynienia.
Nie krzyczy, nie uwodzi, nie wywołuje wielkich emocji, ale ma w sobie to COŚ, co mnie cholernie pociąga i uzależnia. Niestety, tego "cósia" nie jestem w stanie zdefiniować. To mieszanka subtelnego piękna z dodatkiem nostalgii...
Mémoire d’une Odeur doskonale stapia się z moją skórą, dodaje jej szlachetności, a jego subtelny, bardzo wyrafinowany, początkowo lekko ziołowo-apteczny aromat powoduje, że po prostu muszę mieć go na sobie, choćby na skrawku ciała, by móc od czasu do czasu wwąchać się w to arcydzieło.
A to dlatego, że przy nim, większość perfum, które mam, zdają się zbyt oczywistymi i prostymi.
Mémoire d’une Odeur to moim zdaniem doskonały zapach dla indywidualistów i osób, które wolą jego piękno zatrzymać dla siebie, zamiast ziać nim na parę metrów.
Wiele osób podkreśla, że jest w nim szczypta retro.
Być może wrażenie to sprawia piękny flakon w stylu retro, bo w samym zapachu (na szczęście) nie znalazłem w nim takiej cechy.
Kończąc, chciałem jeszcze dodać, że Mémoire d’une Odeur ma jeszcze jeden ciekawy aspekt. Z biegiem czasu zyskuje na mojej skórze moc, zamiast ją tracić, a jego trwałość, która początkowo wydaje się średnia, po pewnym czasie okazuje się zaskakująco dobra, choć ciągle bliskoskórna.
Na blotterze natomiast, wydaje się nieskończona.


Następną w kolejce jest woda, która nie jest w żadnym wypadku przełomowa, ani rewolucyjna. Jest po prostu piękna, elegancka i dająca poczucie olfaktorycznej przyjemności. Jest nią

Montblanc Explorer  



Głównym źródłem rynkowego sukcesu tych perfum jest oczywiście fakt, że mocno kojarzy się z kultowym Aventusem. Niektórzy (i ja się do nich zaliczam) uważają, że to mieszanka Aventusa z Diorem Sauvage.
Czając się na Explorera, miałem w d... owe podobieństwa, kierując się zupełnie innymi kryteriami.
Jakimi? Oczywiście kompozycją i jej powabem. A te cechy brzmią w Explorerze jak "Cztery pory roku" Vivaldiego pod batutą Herberta von Karajana.
Explorer rozsiewa świeżą i aromatyczną woń olśniewającymi akordami, których na próżno szukać wśród perfum, jakie ostatnio dane mi było testować i robi to naprawdę pięknie.
Zapach jest świeży, ale to świeżość cięższego kalibru, z silnie zaznaczonym, męskim pierwiastkiem (pewnie to zasługa modnego ambroksanu, choć nie bardzo go czuję w Explorerze).
Jest elegancki, ale nieprzesadnie. Balansuje na granicy rześkości i formalności, a przede wszystkim daje poczucie, że mamy sobie dobry zapach, który wprawdzie nie jest kontrowersyjny, lecz czuć jego przepiękną niebanalność, a także naturalność składników, co w obecnych czasach staje się rzadką cechą.
I to jest cholernie mocny punkt tych perfum.
Explorer ma jeszcze jedną cechę, którą warto przytoczyć - podoba się kobietom. Wcale mnie to nie dziwi, bo pachnie pociągająco i może powodować szybsze bicie serca...

Następnym zapachem na mojej liście miłych zaskoczeń była niespodzianka ze strony firmy Zara, do której perfum podchodziłem, jak pies do jeża, a która sprawiła mi wyjątkową frajdę zapachem, który wydaje się idealną propozycją na nadchodzące, pandemiczne lato...

Zara Vibrant Leather Summer


 

Zakup tych perfum okazał się zaskakująco dobrą inwestycją.
Tak, Vibrant Leather Summer jest bardzo zbliżony do Dior Homme Cologne 2013.
Cholernie bardzo.
Owszem, porównując obie wody jednocześnie, czuć, że Dior zrobiony jest z jakościowo lepszych składników. Ma w sobie kremowość i delikatne kwiatowe niuanse, których brakuje w Zarze.
Zara jest za to ostrzejsza, bardziej drzewna, ale równie ciekawa. Jej trwałość na mojej skórze wydaje się większa niż Diora. Być może, dzięki temu, że Zara występuje w koncentracji wody perfumowanej.
Opowiada prostą historię o cytrusach, cedrze i imbirze, więc i moja recenzja też będzie prosta.
Vibrant Leather Summer to świetna woda na ciepłe dni. Rześka, energetyczna, męska i przy tym trwała. Stosunek jakości do ceny (zwłaszcza przy aktualnej promocji) uważam za kapitalny. Flakon swoją urodą dorównuje kompozycji tych perfum.
Nic, tylko łykać tę Zarę, jeśli oczywiście lubicie cytrusy na sterydach...

Czas na zaskakującego świra wśród męskich perfum. Mowa o

Moschino Toy Boy 



Przyznam, że trochę bałem się tych perfum. Nie dość, że flakon koszmarny, to jeszcze w sieci pojawiały się informacje, jaki ten Misiek kontrowersyjny. Że można go albo pokochać, albo znienawidzić. Dodatkowo dobiła mnie reklama sugerująca, że jest to zapach dla gejów…
To dlatego do Toy Boy podchodziłem jak pies do jeża.
Kiedy jego cena spadła stwierdziłem, że ryzyko wtopy jest niewielkie, bo zapach zebrał sporo entuzjastycznych recenzji, więc pozbyć się go będzie łatwo.
Najbardziej obawiałem się sławetnej róży, na której oparta jest konstrukcja tej wody.
Róża jakoś mi nie przeszkadza, pod warunkiem że nie jest w typie tej w Cartier Declaration Soir.
I na szczęście nie jest, a wkrótce okazało się, że strach ma wielkie oczy...
Po oderwaniu głowy miska i spryskaniu ręki Toy Boyem zaciągnąłem się nim i... I kurna boskie to jest...
Wow... Gdzie tu kontrowersja? Jaki to dziwoląg? Toż to istne cudo!
Zachęcony pięknym bukietem zaaplikowałem Miśkowe soki na szyję i klatę.
Potem pozwoliłem mu się na mnie rozwijać...
A on się rozwijał i rozwijał, budując Miśkową aurę wokół moich nozdrzy.
Nie poczułem w tym zapachu niczego kontrowersyjnego. Poczułem za to jego UNIKATOWOŚĆ. Tak, to jest właściwe słowo, bo nie znam zapachu, który byłby zbliżony do Toy Boya. Gdyby pod groźbą wyrwania paznokci lub zaserwowania mi talerza krewetek kazano wskazać zapach najbliższy Miśkowi, wtedy z rozpaczy wskazałbym Kenzo Power, ale byłoby to na granicy kłamstwa.
Toy Boy jest wyjątkowy i z pewnością nie dla panów lubujących się w samczych zapachach, którzy stale muszą sobie udowadniać, że nie mają waginy.
Moschino przez cały czas trwania na skórze (a trwałość ma gigantyczną, podobnie jak projekcję), manifestuje swój kwiatowy charakter. Nie są to jakieś kwiatki-sratki, ale kwiaty z dodatkiem testosteronu.
Lekko przytłumione przyprawami, wzbogacone drewnem, balsamicznym dymem, ale kwiatowy rdzeń ciągle w nich wybrzmiewa. Głównie róża, która pachnie konfiturowo, jak ta w nadzieniu pączków.
Noszenie Toy Boya daje niesamowitą przyjemność. Rozbrajająco otula subtelną puchatością, będąc jednocześnie nadspodziewanie eleganckim i wielowymiarowym zapachem.
Czuć, że twórca perfum przyłożył się do ich kompozycji. Toy Boy nie jest liniowy. On cały czas żyje i zaskakuje. To jedna z największych jego zalet. Pięknie się rozwija, a im dalej w las, tym w nim piękniej. Do samego końca mogę się nim zachwycać, bo nawet przed zgaśnięciem maluje piękne obrazy.
Inną zaletą tych perfum jest to, że wzbudzają zainteresowanie i to nie dziwacznością, ale wyjątkowością i niebanalnością graniczącą z niszowością, a to niebagatelne zalety w obecnych czasach.
Na koniec dodam, że nie widzę najmniejszych przeszkód, żeby zapach mógł być używany przez kobiety.
Niekoniecznie przez te, które gustują w delikatnych niuansach kwiatowych w typie "pląsająca nimfa w kwietnym wianku, w otoczeniu motyli", natomiast te, które lubią od czasu do czasu posłuchać ostrej muzy i którym skórzana kurtka, czy glany nie są obce, powinny być w siódmym niebie.
Jak dla mnie, bomba i inspirujące odkrycie. Wow...

To tyle, jeśli chodzi o moje odkrycia roku 2019/2020. Niby niewiele, ale wystarczająco, żeby móc zobaczyć światło w tunelu i promień nadziei i uwierzyć, że w świecie premier męskich zapachów wcale nie jest tak źle, jak początkowo sądziłem...


Zapewne, znalazłoby się więcej ciekawych premier, ale albo je przegapiłem, albo tylko o nich słyszałem, nie mogąc osobiście zweryfikować ich walorów.
Powyższe pozycje polecam przetestować, bo uważam, że warte są specjalnej atencji.
Inaczej do końca życia będziemy jojczyć i w kółko powtarzać banały o tym, jak to kiedyś robiono dobre perfumy.
Nieprawda... Teraz też takie robią. Z pewnością są bardziej syntetyczne, niż te sprzed lat, ale to wymóg przepisów wymusił stosowanie syntetycznych zamienników w ich składzie.
Lecz istnieje świat równoległy, gdzie oprócz hitów sprzed paru dekad egzystują równie ciekawe perfumy, tylko trzeba się otworzyć i  je wywęszyć...




Projekcja perfum, czyli jestem z miasta, co widać, słychać i przede wszystkim czuć...


Czym różni się projekcja perfum od ich trwałości?
Skrótowo rzecz ujmując, projekcja to wymiatanie perfum ze strony nosiciela w kierunku osób drugich, trzecich, a czasem  (niestety) trzydziestu trzecich.
Trwałość to oczywiście czas, jaki upływa od aplikacji perfum, do ich śmierci na skórze.

O ile jestem w stanie zrozumieć, jak ważny jest parametr trwałości, to pogoni za monstrualną projekcją zapachu, już nie. Owszem, lubię czuć na sobie perfumy, bo przecież po to je kupiłem, natomiast częstowania nimi otoczenia już nie. Być może jestem dziwakiem, ale nie czuję potrzeby zaznaczania swojego terenu za pomocą zapachu (nie chodziło mi o wiatry), bo dla mnie to objaw złego smaku. Wędrując po perfumowych forach i czytając recenzje pachnideł, czuć wszechogarniający głód za zapachami z dużą i długo trwającą projekcją, węsząc spisek firm perfumeryjnych. A według mnie, firmy te, zwłaszcza prestiżowej marki, mają świadomość, że tworzą zapachy dla ludzi o wysokiej kulturze osobistej, które oczekują wykwintnego bukietu zapachowego, przy okazji dyskretnego, bo w kołach ludzi dobrze sytuowanych i obytych w świecie, nadmierne epatowanie wonią świadczy o braku kultury. Oni nie potrzebują pachnieć, jak milion dolarów, bo zarobili go już dawno. Perfumy mają być szykowne, z klasą, a wszystko razem powinno być wysokiej jakości. Ubierają się w stonowane garnitury, bo nadmierna ekstrawagancja jest oznaką złego smaku...

 I choć wielu z nich stać na Lamborghini, najczęściej jeżdżą Toyotą Prius, bo mają świra na punkcie ochrony środowiska.

Żeby szerzej ogarnąć kulturę używania perfum przez Polaków, trzeba chyba sięgnąć do historii naszego kraju, a ta przez długie lata serwowała nam wiele bólu i biedy.
W czasach, kiedy Zachodnia Europa pławiła się w dostatku, nasz naród walczył o swoją niepodległość. Rozbiory, powstania (przeważnie nieudane), wojny, wyniszczały nasz kraj i naród.



Trudno się zatem dziwić, że uchodziliśmy za kraj zacofany, co czasem pokutuje do dziś.
Na szczęście upiorne czasy minęły, a cywilizacja powoli zarażała nas zdobyczami techniki, oraz stylem życia.
Tak naprawdę i w liczącej się skali, perfum używamy od niedawna. Wcześniej długo przyzwyczajaliśmy się do mydła, wierząc, że to wystarczy.
Prawdziwy boom nastąpił w latach 90', kiedy jak pelikany łykaliśmy wszystko, co nie było Warsem, bądź Brutalem. Rzuciliśmy się na zapachy, jak wyposzczony żołnierz na drzwi do burdelu, zlewając się nimi obficie, jakbyśmy chcieli gwałtownie odbić sobie dawną biedę i zacofanie cywilizacyjne.
Ulice spowite były oparami czarnych Adidasów, podróbek Fahrenheitów i innymi wynalazkami.
W międzyczasie weszliśmy w XXI wiek...
Mimo otwarcia na świat i możliwości beztroskiego podróżowania gdzieś tam, za paznokciami i w mentalności tkwią w nas jeszcze resztki chłopów pańszczyźnianych i wiele lat minie, zanim znikną na dobre.
Co ma wspólnego gehenna Polaków z projekcją perfum?
Moim zdaniem bardzo wiele.
Niewiele znam ludzi, którzy lubują się w zapachach subtelnych. Dla znakomitej większości ideałem są perfumy z całodobową trwałością i parometrową projekcją, najlepiej też całodobową.
Jest to objaw pewnego deficytu luksusu, który występuje u większości ludzi z biedniejszych krajów. Wydaje się to logiczne, owszem. Problem w tym, że skok z biedy do luksusu usiłują  dokonać błyskawicznie i niewielkim kosztem, a to już brzmi nielogicznie.
Luksus po polsku musi być widoczny z daleka i musi kłuć w oczy sąsiadów. Wtedy ma sens.


Lecz kiedy tylko nadarzy się okazja wyrwania się z biedy, szybko zapominamy o tym, co było,


wspinając się na szczyty, z pominięciem wszelkich szczebli drabiny społecznej i zostajemy królami życia...



Ma być na bogato i tylko to się liczy...
Wiem, że się rozpisałem, ale próbuję przybliżyć genezę pędu ku gigantycznej projekcji zapachów.
To jakaś atawistyczna chęć zamanifestowania, że tu jestem i podziwiajcie mnie. Mam na sobie drogie perfumy, których nie kupisz w Rossmannie i za to należy mi się podziw i szacun.
W dużym uproszczeniu widzę to tak, jak poniżej...


Niestety, jak już pisałem wcześniej, produkcją perfum zajmują się fachowcy, którzy komponują je pod kątem europejskiej klienteli, a ta nie przepada za krzykliwymi zapachami, bo należy to do bon tonu.
Jakoś nie wyobrażam sobie prezydenta Francji pachnącego Joopem Homme...


Zapach ten doskonale wpisuje się w oczekiwania przeciętnego Polaka, bo ma gigantyczną moc i projekcję, od której fruwają firanki w oknach, a kury przestają się nieść...


To całkiem przyjemna woda, ale ze względu na jej niespotykaną moc i niezmywalność, aż boję się jej używać.
Powyższy Joop, to przykład perfum klubowych, więc duża siła rażenia nie powinna dziwić. Wszak większość imprez to skupisko samców Alfa i każdy z nich chciałby zapachnieć najmocniej.
Niestety, niewiedza w temacie używania perfum prowadzi do tego, że osoby te nie widzą zbytniej różnicy między dyskoteką a biurem.


Nie zdając sobie sprawy, że zapachy biurowe z definicji powinny być subtelne i nienachalne, z umiarkowaną lub niewielką projekcją.
Perfumy może kupić każdy, kto ma na nie pieniądze, natomiast nie każdy wie, jak powinno się je nosić.
Pięknym, biurowym zapachem jest dla mnie Yves Saint Laurent L'Homme. 


To naprawdę świetna kompozycja, ale niewielu docenia jej piękno, bo kupując tę wodę w nadziei, że będzie masakryczna,  jak Dariusz "Frankenstein" Piątkowski z MEN.


Tymczasem L'Homme swoją mocą bardziej pasuje do Jadwigi "Chihuahua" Emilewicz...


Potrzebowałem czasu, żeby w końcu dojść do wniosku, że najważniejszą cechą perfum, jest ich kompozycja, pozostałe zaś cechy nie mają dużego znaczenia, a ich projekcja, to dla mnie najmniej istotny parametr.
Naprawdę sprawia wam frajdę to, że wchodząc do sklepu czy biura, będziecie kojarzyć się z obnośnym handlarzem perfum?

Życząc miłej lektury o niemiłej dla wielu treści, stawiam kosz z pomidorami, żebyście dali upust swojej wściekłości. Tylko dajcie im czas, żeby zgniły...
😜


















Arabskie perfumy, czyli ponętny blask odpustowego złota...

Witam po dłuższej przerwie, która nastąpiła w momencie, kiedy Facebook z nieznanych powodów zablokował mi konto, być może na zawsze, bo wyroku do dziś nie otrzymałem.

W ten prosty sposób straciłem kilkuset znajomych i ponad 56 tysięcy fanów, zyskując przy tym dużo wolnego czasu i nadzieję, że poza Facebookiem też istnieje życie.
Dziś chciałbym się zająć tematem męskich, arabskich zapachów, które coraz śmielej wchodzą na polski rynek, a po wielu testach, postanowiłem podzielić się moimi przemyśleniami na ich temat.
Od razu zaznaczam, że miło to raczej nie będzie, bo mój gust znacznie odbiega od tego, co serwuje świat arabski...








Żeby nie być posądzonym o hejt, zacznę łagodnie od informacji, że z całego perfumowego badziewia, wyróżnia się parę marek, które do tematu komponowania perfum podeszły profesjonalnie wynajmując do tej roboty fachowców, często znanych i cenionych.
Przykładem niech będą zapachy firmy Amouage z dalekiego i małego Omanu lub też... Aha, to prawdopodobnie wszystko, jeśli się nie mylę.


Pozostałe firmy postanowiły same tworzyć zapachy z pomocą członków rodziny, znajomych,  oraz przechodniów, bo przeglądając opisy perfum, nie natrafiłem na nazwiska ich twórców.
Zaoszczędzone w ten sposób środki przypuszczalnie przeznaczono na zaskakujący i fantazyjny design flakonów, które często ociekają plastikowym złotem, mieniąc się jarmarcznymi rubinami, szmaragdami i diamentami.
Do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze żarówki z pulsującym niebieskim światłem oraz pozytywki wygrywającej Macarenę...



Ze szczytów arabskiej wizji luksusu zejdźmy jednak na ziemię.
Co takiego się stało, że "Araby" ze średniej i dolnej półki zawojowały nasz kraj?
Parafrazując słynny cytat z filmu "Miś" - "(...)Arabskie perfumy odpowiadają żywotnym potrzebom przeciętnego Polaka! To są perfumy na skalę możliwości naszego portfela!. Wiecie, co my robimy tymi zapachami? My otwieramy oczy niedowiarkom. Patrzcie - mówimy - to ma gigantyczną trwałość, kosztuje niewiele i pachnie prawie jak Creed Aventus za psie pieniądze!"
Przecież trzeba być frajerem, żeby za flaszkę Aventusa płacić 1400 złotych, kiedy prawie to samo, można kupić za 150 złotych....


I tu przechodzimy do kolejnej kwestii. Byłem członkiem forów zapachowych, poznałem na nich przeważnie fajnych ludzi, mających zdrowe podejście do zapachów i tak jak ja, szerokim łukiem omijających wszelkie klony i imitacje znanych perfum.
Od dłuższego czasu pozostaję outsiderem, choć przyznam się, że od czasu do czasu zdarza mi się zajrzeć na fora, żeby wiedzieć, czym żyją miłośnicy perfum.
Niestety, coraz częściej napotykam posty w rodzaju "Najlepszy klon Aventusa - ranking".
Na szczytach rankingu królują dwa "Araby", które biją się o laur i  prestiżowy tytuł  "Najlepszej Imitacji Aventusa".
Poniżej przedstawiam dwóch najsilniejszych laureatów:
Pierwszym z nich jest Club de Nuit Intense Man marki Armaf, (trzeba uważać, bo czasem odklejają się diamenty)


Drugim zaś L'Aventure marki Al Haramain Perfumes.


Oba są dla mnie dość ordynarne, choć trwałości trudno im odmówić. Ich zaletą jest niska cena, natomiast podobieństwa do Aventusa jest w nich tyle, ile między Matthew McConaughey a Ryszardem Terleckim...
Ogólnie rzecz ujmując, arabskie zapachy są tanie, trwałe i oba te czynniki czuć. Szczególnie taniość, która wyłazi z nich, jak dżdżownice po deszczu.
Tak to już w przyrodzie działa, że rzeczy tanie, o ile nie pochodzą z kradzieży, swoją taniość muszą w końcu ujawnić.


Kiedy na rynek wchodzi kolejny, arabski klon Aventusa, lub Chanel Bleu, fora zapachowe ogarnia fala entuzjazmu, granicząca z szaleństwem. Ten zapach pachnie sto razy lepiej, niż Chanel, a kosztuje 120 złotych! Inny pachnie dłużej i intensywniej od Diora Sauvage, jeszcze inny lepiej, a jeszcze inny jeszcze lepiej i jest jeszcze tańszy.
Następnym etapem hype'u jest kreowanie teorii spiskowych, w rodzaju - to te same zapachy robione po taniości dla Diora, lub Creeda, ale pod inną nazwą, żeby ich cena rynkowa nie spadła.
Ostatnim etapem jest pojawiająca się fala zwątpienia, czy to na pewno był dobry zakup. Przybywa forumowiczów, którzy zaczynają żałować zakupu, bo mają po nim migreny, lub zapach zaczyna ich irytować.
Głównym problemem z arabskimi pachnidłami jest to, że znakomita ich większość z różnym skutkiem, przeważnie żałosnym, usiłuje kopiować modne perfumy, zamiast kreować własne.
Może i dobrze, bo znając specyficzny arabski gust i pociąg do Baroku, dla Europejczyków mogłyby okazać się niestrawne...


Cały myk polega na zauroczeniu klienta początkowym akordem, który przyciągnie uwagę i zachwyci. To, co dzieje się potem, to tylko czysta improwizacja krążących w nim molekuł i chaos.
W dodatku używa się do tego najbardziej ordynarnych syntetyków, których marność czuć na kilometr, ale dopiero po czasie.
Tak właśnie widzę fenomen arabskich perfum i dziwi mnie, że ludzie, którzy uważają się za miłośników, a nawet speców od perfum tego nie dostrzegają.
To już nie jest kwestia niewiedzy. To wręcz pęd ku tandetnym, kolorowym błyskotkom. Pęd, który jest czymś normalnym dla dzieci, a już niekoniecznie dla kogoś, kto aspiruje do miana konesera zapachów.
Tak naprawdę, wstyd jest w ogóle oceniać te zapachy, bo nie przynosi to splendoru autorowi. To tak, jakby recenzować kopię Rolexa kupioną za 50 złotych od naprutej bułgarskiej prostytutki....
Na Boga, jeśli tak bardzo podoba się ten Aventus, to, zamiast gromadzić stertę tandetnego chłamu, lepiej zaoszczędzić kasę i kupić oryginał. Choćby większą odlewkę, bo wlewanie na siebie arabskich wynalazków, to jak paradowanie na ulicy w butach AdiBas i bluzie PiUma. Jedzie siarą na kilometr...


Piszę ten tekst w oparciu o własne doświadczenia, które zbierałem przez rok, może dłużej. Na szczęście z doświadczeń tych, na mojej półce z napisem "Wtopy", został jeszcze flakonik perfum Silver marki Al-Rehab, które miały być arabską odpowiedzią na zapach Creed Silver Mountain Water i był nią przez niecały kwadrans. 
Po tym czasie zmienił się w tani odświeżacz do kibla.
Piszę ten tekst jako ostrzeżenie dla wszystkich napalonych perfumoholików, którzy z wypiekami na twarzy czytają właśnie entuzjastyczną recenzję na temat kolejnego pogromcy Aventusa za 105 zł.


Uwierzcie, że lepiej wydać te pieniądze na Azzaro Chrome, który ma swój początek, rozwinięcie i koniec, zamiast na  coś, co jakością ustępuje zapachom z Biedry, lub Lidla.
Zresztą, bogatsi Arabowie i tak kupują Diory i Chanele i Creedy, zamiast rodzimych wynalazków o dziwnych nazwach i wątpliwych walorach zapachowych.
Nie ma sensu walczyć z ostrym cieniem mgły, kiedy na rynku jest tak wiele pięknych zapachów,  stworzonych przez ludzi, dla których perfumiarstwo to sztuka i pasja.
Trzymajcie się i nie dajcie zabić przez te małe i obleśne gówno o tajemniczym imieniu COVID-19...









Trwałość perfum - luźne dywagacje...

Ten temat to jeden z głównych, pojawiających się na perfumowych forach. Prawdę powiedziawszy, trochę mnie to śmieszy, bo zbierają się ludzie podobno zakochani w perfumach, podobno mają na ich temat wiedzę, a zadręczają się tym, że zapach, który ich interesuje, ma trwałość zaledwie pięciogodzinną, bądź jeszcze krótszą, a projekcję tak mizerną, że muszą szorować nosem po rękach, jak zapchlone szympansy, żeby wychwycić uciekające z nich piękno.



Oczywiście, najczęściej obwiniają tym reformulacje i skąpstwo producentów, którzy (przypuszczalnie) celowo rozwadniają zapachy po to, żeby zaoszczędzić na składnikach. Naczytałem się o tych teoriach wiele razy i teraz wywołują u mnie jedynie grymas politowania.
Ludzie ci lubują się w vintage'u i często wspominają, że kiedyś robiono wyłącznie killery. Mają rację. Tyle że moda tamtych czasów też była specyficzna...


Poza tym producenci nie mieli takich ograniczeń jak teraz, kiedy pod rygorem restrykcyjnych przepisów, wiele naturalnych składników musiano zastąpić syntetykami....

Ale wracając do tematu, zauważyłem, że te najpiękniejsze, a przy tym z wysokiej półki perfumy pachną znacznie krócej od tanich i skierowanych do mniej wymagającego klienta.
Przykład pierwszy z brzegu - seria Aqua Allegoria firmy Guerlain.



Praktycznie większość zapachów tej serii to dzieło sztuki perfumeryjnej z kulejącą trwałością. No i dylemat - brać, czy nie brać? 
Wybór wydaje się oczywisty, skoro zachwyca, trzeba brać. To nie są perfumy z marketu. Kupują je klientki, które stać na luksusowe perfumy, więc płakać nad słabą trwałością nie będą. Co najwyżej dokupią flakon albo dwa. Wszak perfumy kupuje się za ich piękno. Inne aspekty schodzą na dalszy plan, a przynajmniej powinny.
Tylko my Polacy chcemy mieć wszystko, co najlepsze w jednym, najlepiej za złotówkę. Więc zakrzywiamy rzeczywistość. Kupujemy posklejane przez blacharza Audi za równowartość Fiata punto i już wchodzimy do klasy średniej. Proste? Proste...


W Internecie pojawia się sporo porad, jak przedłużyć trwałość perfum, ale w praktyce różnie z tym jest. Wiadomo, że do suchej skóry nawet piasek się nie przylepi, ale to nie znaczy, że przed wyjściem do pracy muszę dodatkowo nakładać na siebie mazidła, żebym dłużej pachniał.
Perfumy stworzono po to, żeby stapiały się ze skórą, która dzięki swojej temperaturze i zapachowi, tworzy z nimi dzieło skończone. Perfumy się chłonie, a nie nakłada jak maść. Wystarczy porównać ten sam zapach na własnej skórze i na blotterze, żeby się o tym przekonać.


Blotter daje tylko bardzo teoretyczne pojęcie, jaki to jest zapach.
Inną rzeczą jest, jak różnie odbieramy nuty zapachów. Część z nas z daleka wyczuje cytrynę, ktoś inny białe kwiaty, a dla innych osób te składniki będą mało wyczuwalne, lub wcale.
Mam znajomą, która wyczuwa czosnek i cebulę w potrawach, w których ich nie ma. Po prostu jest wyczulona na te składniki i czuje je wszędzie.
Znaczy to, że nosy bywają zawodne i najczęściej czuje się zapachy, które nas intrygują, a najczęściej te, które irytują. To dlatego, wiele perfum, których nie znosimy, powodują irytację, z powodu, że "takie brzydkie, a takie długotrwałe".  A przecież nie od dziś wiadomo, że piękno jest ulotne, a psie gówno na podeszwie będzie trwać i trwać...


Innym wytłumaczeniem rzekomej słabej trwałości zapachu jest fakt, że kiedy często go używamy,  nasz nos się do niego przyzwyczaja traktując go, jak domownika. Stąd często mylne mniemanie, że zapach dawno z nas znikł, tymczasem otoczenie czuje go wyraźnie.


No tak, ale my też chcemy go czuć. Co zazwyczaj robimy? Z tygodnia na tydzień zwiększamy jego dawkę do momentu, kiedy koledzy i koleżanki w biurze wymiotują na sam nasz widok, bądź ostentacyjnie dają nam do zrozumienia, że mają dość nas i naszych perfum...


Trzeba pamiętać, że zapachy bywają kapryśne. Mam parę słabeuszy, które w ciepłe dni milkną po 2-3 godzinach, za to w niskich temperaturach szaleją na mojej skórze. Mam też takie, które mają odwrotną przypadłość. Posiadam zapachy, które cierpią na agorafobię. W pomieszczeniach zamkniętych cudownie się rozwijają, natomiast na zewnątrz bardzo szybko gasną.
Tak wiele czynników ma wpływ na trwałość perfum, łącznie z nastrojem nosiciela, że nie zwalałbym winy na reformulację.
Ja na szczęście nie narzekam na trwałość zapachów. Przede wszystkim dlatego, że nie przepadam za perfumami, które czuję na sobie całą dobę. Po południu lub wczesnym wieczorem lubię zmienić zapach, bo inaczej, czuję się, jakbym cały dzień spędził w jednym, przepoconym, zakurzonym swetrze. Przekonałem się, że warto zmieniać perfumy. Wtedy odkrywamy je jakby na nowo, a przy okazji nawet słabowity zapach po dłuższym nieużywaniu, kiedy sięgam po niego ponownie, dostaje skrzydeł, merda ogonkiem i staje się znacznie trwalszy. Czary?


Nie, to nasz nos odwykł od niego.
Dlatego uważam, że przy wyborze zapachu priorytetem powinna być sama jego kompozycja i to, jak się z nim czujemy. A kiedy znajdziemy perfumy, które nas uwiodą, nie przejmujmy się ich trwałością. Zawsze można nosić przy sobie odlewkę i od czasu do czasu dyskretnie walnąć sobie delikatną dawkę wspomagającą...


"Zgnilizna" oficjalnie już w sprzedaży...

  Cóż więcej mogę dodać? Może to, że jest dostępna w każdej księgarni, a także to, że mój wydawca zatroszczył się także o wydanie jej w form...

Najchętniej czytane