Więcej faktów w Faktach po Faktach...

Kolejny tydzień za nami. Ważny tydzień, bo upływał w gorączce wyborów samorządowych.  O wyborach dowiedziałem się parę dni temu, kiedy stałem sobie pod światłami, a z plakatu na słupie zerkał na mnie młodziutki, chudy, łysy wzorzec milusiego do zesrania człowieczka o wyglądzie obnośnego sprzedawcy płyt CD, lub rewelacyjnych, mrozoodpornych kalesonów na baterie.
 Dziś dowiedziałem się, że PiS przegonił PO. Kaczyński wykonał strategiczny manewr, zamknął dyżurne zwierzę w klatce, i od razu znalazło to odbicie w wynikach wyborów. To raczej zła wiadomość dla Macierewicza, bo Prezes zaczyna kojarzyć te zależności...

W sumie to wybory mnie walą, bo jedną nogą tkwię jeszcze poza granicami Polski, ale  „ukochana” stacja informacyjna TVN24 ma wreszcie swoją upragnioną pożywkę. Wybuch wulkanu w Pardubicach, czy przejście prezydenta Obamy na Islam nie zrobiłoby na nich takiego żadnego wrażenia jak wywiad z panem Romanem Kiesiem z Mszany Dolnej, któremu poprzedni burmistrz obiecał szambo, a pan Roman do tej pory zmuszony jest sikać do rzeki.
TVN24 to stacja, która choruje gdy na świecie panuje względny spokój. W takich momentach gołym okiem widać dziennikarską bezradność, którą stara się tuszować filmikami nagrywanymi przez niezdrowo podekscytowanych frajerów z serwisu Kontakt24 będących jednocześnie darmowymi reporterami terenowymi. Mam wrażenie, że w niedalekiej przyszłości stacja zacznie płacić widzom za aranżowanie pożarów, pobić i potrąceń. 


Póki co, ci z TVNu bardzo starają się być mega profesjonalni. Mając do dyspozycji naprawdę piękne studio o wymiarach boiska do piłki nożnej i interesujący zestaw twarzy, tworzą coś, co w prosty sposób wślizguje się w umysły gospodyń domowych. Dobrego dziennikarstwa jest w TVN24 tyle, co borowików na Saharze. Niedostatek ten nadrabiają wymyślnymi minami, wystudiowanymi pozami rodem z CNN i mizdrzeniem się do widzów. Przewrócona cysterna w okolicach Wąchocka wywołuje u mnie dreszcz, kiedy newsa ogłasza tubalnym głosem  pani Anita Werner. Ów głos  połączony jest z dramatycznym wytrzeszczem oczu mrożącym pingwiny. Jeśli do końca dnia nikt nie potrąci rowerzysty albo nie znajdzie borowika wielkości kapelusza Johna Wayne’a, do późnego wieczora będę wiedział wszystko na temat cystern, technologii ich wyrobu, uprawnień do kierowania nimi, oraz historię Wąchocka…

Pani Anita jest dla mnie zjawiskową osobą. Kobieta trzeba przyznać piękna, ale wywołanie u niej uśmiechu graniczy z cudem. Wzrostu jak na kobietę bardziej niż słusznego, doposażona przez naturę w głos, który w niskich rejestrach taki, że wągry same wychodzą z twarzy, powoduje, że mało kto próbuje z nią polemizować, bez narażenia się na efektowną blachę w czoło. Anita to przykład wzorcowej dominatorki, której ktoś kiedyś powiedział, że uśmiech ujmuje inteligencji. Ilekroć na nią patrzę, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że idealnym dla niej anturażem byłby czarny, obcisły lateksowy kostium, furażerka, owczarek niemiecki i skórzany pejcz.
Przeciwwagą dla Anity jest za to Jarosław Kuźniar o aparycji „idealny mąż dla mojej córki”. Kuźniar jest niezdrowo pogodny i głównie się uśmiecha. Przyparty przez rozmówcę do muru, uśmiecha się bardziej i nie próbuje walczyć. 

Widać, bardzo zależy mu na pracy, dlatego w uroczy sposób kładzie się na pleckach, przebiera się za neutralną Szwajcarię i emituje dodatkowe porcje uśmiechów w celu ostudzania atmosfery. W TVN pracuje już dość długo, więc metoda bycia etatowym "uśmiechaczkiem" sprawdza się znakomicie.
Na kolejnym biegunie mamy Kamila Durczoka, któremu wmówiono, że jest zajebisty kiedy walczy. I Kamil walczy. Głównie mimiką, którą zapewne ćwiczy w domu, oglądając serwis CNN i kopiując miny ich dziennikarzy. 

Kiedy dzień przed niedawnymi wyborami samorządowymi przy wtórze muzyki w stylu „Sensacje XX wieku” dramatycznym głosem zapowiadał rozpoczęcie wieczoru wyborczego, robił takie miny, jakby ogłaszał wprowadzanie kartek na piwo.  
W pewnym momencie poczułem, że jeśli Kamil będzie się bardziej nadymał, to pęknie.
Na szczęście człowiek ten ma coś niecoś do powiedzenia, dlatego staram się nie skupiać na jego komunikowaniu niewerbalnym.


Jak przystało na światową stację informacyjną, kierownictwo TVN24 na jakimś zebraniu doszło do wniosku, że nie będzie ona miała światowego sznytu, jeśli nie zatrudni kogoś kolorowego, bo przecież w CNN ich nie brakuje. Zatrudniono dyżurną Omenę i skierowano na odcinek meteo. W tym momencie dzieło było już w zasadzie skończone…


A....... zapomniałbym o panu Morozowskim, który jest swoistym fenomenem. Niby dziennikarz, ale jego wiedza o polityce poziomem „nie wylata” ponad poziom właścicielki osiedlowego magla. 

Kiedy zaproszonemu do studia gościowi zadaje  jakieś pytanie, czuję dziwne zażenowanie. Jakby zamiast pytanie puszcza coś na kształt głośnego bąka na wizji. Morozowski bardzo chce wyglądać na inteligentnego. Tak bardzo, że niedawno sprawił sobie nowe, zajebiste, dizajnerskie okulary. Strasznie mnie irytujące. Nie mogę na niego patrzeć, bo wygląda w nich troszkę demonicznie, a czasem jak Józek z IVb, któremu złośliwe dzieci ciągle rozwalają okulary, a jego mama z mozołem regularnie skleja je czarną taśmą izolacyjną…

Wiem. Czepiam się. Wychowany w PRL przyzwyczaiłem się do "Wiadomości" o 19:30. Ale TVN24 sam jest sobie winien. Skoro zdecydowali się wziąć na siebie misję bycia całodobową stacją informacyjną, mogli też zadbać o większy profesjonalizm i ciekawsze pomysły, a nie modlić się co rano o jakiś wypadek lub śmierć znanej osoby i całą dobę katować tym widzów.


Reporterzy tej stacji to temat na kabaret. Ci potrafią podejść do starszej kobiety, której całe gospodarstwo wraz z mężem i krowami właśnie spłonęło, i podsuwając jej mikrofon pod nos, z miną profesjonalisty zadać zajebiste pytanie w stylu - Pani Mario? Proszę nam powiedzieć, jak się pani teraz czuje?

Wiem, że TVN24 ma swoich zwolenników. Swego czasu moja matka potrafiła przez parę godzin śledzić obrady Sejmu przeplatane reklamami środków przeciw zatwardzeniu, ale mnie ten informacyjny bezład nie przekonuje. Od całodobowej amatorki wolę "Panoramę" lub nieśmiertelny, piętnastominutowy "Teleekspress" z Orłosiem, Krótko, atrakcyjnie i na temat...




A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść?

A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - Spytał Krzyś, ściskając Misiowi łapkę - Co wtedy? 
Miś odruchowo wyrwał łapkę, potem podszedł do małej szafki, w której trzymał drogie trunki, przez chwilę przyglądał się butelkom i w końcu sięgnął po butelkę Camus VSOP Elegance, którą uznał za najwłaściwszą do tak poważnej rozmowy. 
Następnie sięgnął do szuflady biurka, gdzie trzymał cygara, wyjął jedno, z gracją i wprawą przyciął je na końcu, potem rozsiadł się wygodnie w fotelu, założył nogę na nogę, przypalił cygaro i wypuszczając dym, powiedział:
- Odejść, powiadasz?  O tym, że masz dziwkę na boku, wie co najmniej połowa Stumilowego Lasu. Zdziwiony? – ironicznie zapytał Puchatek, wypuszczając kolejną porcję duszącego dymu. prosto w twarz Krzysia, który w tym momencie jakby skurczył się o dobre kilkanaście centymetrów i poczerwieniał...
- Owszem, mógłbym nadal udawać skretyniałego, infantylnego misia i powiedzieć znaną kwestię:
- Nic wielkiego, posiedzę tu sobie i na Ciebie poczekam. Kiedy się kogoś kocha, to ten ktoś nigdy nie znika, bla, bla, bla.... Ale po co? Żebyś się mógł swobodnie pieprzyć na boku i w razie czego, miał zaplecze w postaci opóźnionego intelektualnie Puchatka, który w swej debilnej naiwności zawsze przyjdzie i przytuli?  Otóż nie. Takiego wała! – to mówiąc, wzburzony Puchatek założył łapki w geście zwanym powszechnie gestem Kozakiewicza. 


A teraz wybieraj. Albo dziwki, albo ja. A jeśli wybierzesz mnie i znowu zdradzisz, zaproszę tu Prosiaczka i Tygryska, a nawet Kłapouchego, i tak ci przenicują dupę, że nawet przysłowiowa „Jesień Średniowiecza” przy tym, będzie wyglądała, jak słoneczna wiosna w Prowansji. Sam wiesz, że dobrze rozgrzany Kłapouchy to prawdziwy wariat w łóżku...
Puchatek, mocno zdenerwowany, patrzył w podłogę strzepując na nią popiół z cygara.
 Następnie nie podnosząc wzroku ciężko westchnął i mruknął pod nosem:
- A teraz spadaj i przemyśl to wszystko. Do jutra rana chcę znać twoje stanowisko... 


Koniec...

Puchatek i dojrzewanie...

Puchatek siedział w swoim ulubionym fotelu, czytając jakiś kolorowy tygodnik, Prosiaczek zaś założył słuchawki, włączył playera i z zamkniętymi oczami zaczął rytmicznie podrygiwać biodrami. Mimo że z prosiaczkowych słuchawek przeciekało niewiele dźwięków, jego podrygiwanie, a w zasadzie widok całkiem zgrabnej i jędrnej pupy wyraźnie zaczęło drażnić Puchatka, który nie potrafił skupić się na czytaniu. Bez słowa odłożył gazetę i zaczął baczniej obserwować podrygi Prosiaczka. Wgapiony w jego tyłek, z każdą chwilą czuł coraz większe podniecenie.
- To zupełnie przypomina mi ruchy frykcyjne – pomyślał Puchatek i poczuł, że zaczyna „rosnąć”.
Po chwili poczuł gorące wypieki na twarzy, więc poprawił się w fotelu i zapytał:
- Prosiaczku!
Prosiaczek nie reagował, ze względu na hałas wydobywający się ze słuchawek, więc Puchatek złapał gazetę i rzucił nią w stronę zaabsorbowanego Prosiaczka. Ten, zdziwiony odwrócił się i zdjął słuchawki.
- Prosiaczku... Tak się właśnie zacząłem zastanawiać – Jakiej ty właściwie jesteś płci?

Prosiaczek troszkę zaskoczony dziwnym pytaniem, schował słuchawki do kieszeni, po czym odchylił swój kombinezon i popatrzył w dół. Ale im bardziej tam zaglądał, tym bardziej niczego nie zobaczył...
- Wiesz co Puchatku? Ja tam nic nie widzę, ale skoro jestem świnią, to pewnie jestem facetem – odpowiedział. A dlaczego pytasz Puchatku?
- Tak tylko...  – odpowiedział i wrócił do czytania gazety, bardzo żałując, że w ogóle zadał to dziwne pytanie...

Puchatek i przemijanie...


A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść? - Spytał Krzyś, ściskając Misiowi łapkę - Co wtedy? 
Miś drugą łapką z czułością zaczął czochrać Krzysiowe włosy. Potem uspokajająco poklepał go po karku i rzekł:


- Nic wielkiego Krzysiu. Nie będę tu siedział i czekał na ciebie, bo rozmawiałem z doktorem Bodzianowiczem i wiem o twoim zaawansowanym raku płuc. W sumie jestem zdziwiony tą diagnozą, bo razem z Prosiaczkiem obstawialiśmy raka prostaty, bo przecież nigdy nie jarałeś fajek.  A siedzenie tu sobie i czekanie na Ciebie byłoby tylko stratą czasu.  Mam swoje misiowe życie i jakieś plany na przyszłość, a bezczynne siedzenie na dupie i ocieranie łez w trakcie gapienia się w Twoje zdjęcie, ani Cię nie wskrzesi, ani nie spowoduje, że będę szczęśliwszym.  Owszem, zawsze będziesz w mojej pamięci, bo kiedy się kogoś kocha, to ten ktoś nigdy nie znika, ale fizycznie i tak będziesz po Drugiej Stronie.
- Masz teraz parę miesięcy na to, żeby uporządkować swoje sprawy – kontynuował Miś. Jeśli naprawdę mnie kochasz, zamiast się mazać, mógłbyś pomyśleć o mojej przyszłości. Nie chcę niczego sugerować, ale wykupienie polisy „Moi bliscy” mogłoby w poważnym stopniu odciążyć mój skromny budżet. Pokryłoby to koszty Twojego pogrzebu, a przy okazji zabezpieczyć moją przyszłość. 
Nie wyobrażam sobie, żebym ja – postać bądź co bądź bajkowa, miała się tłuc po pośredniakach...  Poza tym, Prosiaczek poważnie myśli o studiowaniu psychologii. No! – Uśmiechnął się Miś, jednocześnie przytulając Krzysia. Głowa do góry! Chyba nie myślałeś, że będziesz żyć wiecznie? Nie maż się jak ciota. Pokaż, że masz jaja i odejdź z godnością.  Jak mężczyzna...


Krzyś delikatnie uwolnił się z objęć Puchatka i wstydliwie ocierając łzy, patrząc w podłogę, szepnął:
- Nie doceniałem Twojego intelektu. Przepraszam, że nazywałem Cię głupim Misiem. Byłeś cwańszy, niż myślałem...

Zgrzeszyłem. Oglądam "Polsat"...



Tak się złożyło, że Polsat od początku jego powstania był dla mnie synonimem totalnego bezguścia, co w zasadzie dziwnym nie jest, bo to w końcu Polsat. Tu filmy krótkometrażowe posiekane reklamami trwają dwie godziny...
 Stacja miała schlebiać niewyszukanym gustom i takowym schlebia. Jest jak szerokie spodnie typu "Cygan na niedzielnym spacerze", oraz wdzianka w stylu Bayer Full,



 ...a także fryzurę Zenka z zespołu Akcent. Jednym słowem - siara...


Kiedy dane mi było zobaczyć twarz właściciela Polsatu, pana o wielu nazwiskach, ale powszechnie znanego jako S, od razu pomyślałem, że to jakaś krzyżówka hodowcy bobrów z właścicielem hurtowni protetycznej, i że jakoś nie widzę go w branży telewizyjnej.

 I chyba nie myliłem się, bo przez ponad dwadzieścia lat pan ten z dziką rozkoszą katował widzów filmami karate klasy "Z", kretyńskimi teleturniejami z Chajzerem, oraz widokiem dziwnie ubranych ludzi (najczęściej) z keyboardami uwieszonymi na paskach, którzy nosowo-żołądkowymi głosami  wyśpiewywali w kółko - "dziewczyno MA" lub "koAm Ciemmm". W tle, w rytm tych muzycznych wynalazków widać było jakieś nerwowo podrygujące i mocno roznegliżowane Mariolki, a po podłodze snuły się dymy.
Wiadomo, że nowe rodzi się w bólach, ale ten poród trwa prawie ćwierć wieku, a dokładnie 22 lata. Zresztą, Solorz chyba na brak kasy nie narzekał, skoro po latach utarło się powiedzenie, że Polsat to reklamy od czasu do czasu przerywane filmem.

Lata mijały, świat się zmieniał, a na Polsacie wciąż te same, ociekające żelem roześmiane, rumiane i niezmącone myśleniem twarze wyśpiewujące nigdy niestarzejące się pieśni o miłości, rozstaniu i o dziewczynie z dyskoteki...

Z czasem Polsatowi ukazała się konkurencja, która troszkę poważniej potraktowała widza, choć poziomem nie dorównywała stacjom publicznym. Mowa o TVN oczywiście. Zmontowano zespół z podebranych za "judaszowe srebrniki" publicystów, prezenterów, i operatorów z TVP, zakupiono licencje i pewnego dnia pan Solorz obudził się z ręką w nocniku i oczętami wpatrzonymi w "projekt" "Big Brother" made by TVN. Popularność tego wyjątkowo kretyńskiego programu biła w kraju wszelkie rekordy popularności, a Polsat w krótkim czasie lekko zmizerniał i zdał sobie sprawę, że lekko już nie będzie. Po burzy mózgów, do jakiej z pewnością doszło w "łonie" stacji postanowiono, że Polak potrafi i zaczęto emitować protezy Big Brothera, które w rezultacie wyglądały jak chińskie podróbki rolexa za dwadzieścia złotych.


Niestety, rozpaczliwe próby zdyskontowania sukcesu Big Brother na niewiele się zdały, dlatego ktoś w Polsacie obdarzony szczególnym rodzajem inteligencji wpadł na pomysł, żeby płodzić kolejne reality show i zasypać konkurencję mnogością jego odmian. W krótkim czasie pojawiły się programy typu Gladiatorzy, Amazonki, potem Bar i... reszty nie pamiętam.
Skołowany i zdezorientowany widz Polsatu nie nadążał za śledzeniem losów mnożących się jak króliki faworytów, i koniec końcem przerzucał się na TVN, gdzie liczba idoli była stabilna.
Na szczęście dla Polsatu, cała idea reality show opatrzyła się widzom w ogóle i problem zabił się sam...
Cholera... To miał być wstęp, a wylałem tyle wody, że nie wiem, kto to będzie czytał :)
Dobra! Do brzegu!
Wylałem kilka wiader wody na tą nieszczęsną stację, a teraz spieszę się tłumaczyć, co spowodowało u mnie taką woltę? Co mną wstrząsnęło?  Odpowiedź w odróżnieniu od wstępu będzie krótsza.
Poniższy program, który (naprawdę) przez nieuwagę włączyłem.



Owszem, przez moje gałki nieraz przelatywały jego zajawki, ale znając speców z Polsatu, wietrzyłem kolejny chłam opatrzony reklamowymi epitetami "rewelacyjny", "niepowtarzalny", "epicki" itp., na które po latach stałem się odporny.
I co? I gówno... Taki ch... jak Mańki noga. Parokrotnie dostałem opadu szczęki i do dziś nie wiem, jak się to stało, że stacja, której targetem wini być pacjenci cierpiący na ociężałość umysłową lub np. kucharki z zakładowych stołówek "urodziła" tak dobry program. To nic, że na licencji (niedługo nawet szachy będą na licencji), ale jak oni to zrobili?
Nie wiem, czy Solorzowi przyśnił się Chrystus i wyłamując mu palce, szepnął coś do ucha, ale polsatowcy zrobili to zajebiście dobrze.
Na "taniość" i tandetę jestem uczulony. W chlebie też wolę pogarszacze od polepszaczy. A w programie "Twoja twarz brzmi znajomo" tandety i "etykiet zastępczych" się nie doszukałem, mimo że usilnie próbowałem. Profeska w każdym calu.


Scenografia, choreografia i wreszcie wykonawcy.
Tu przeżyłem prawdziwy szok, bo nie spodziewałem się, że wykonawcy, (najczęściej) aktorzy potrafią wykrzesać z siebie taki dynamit. Jeśli dodać do tego fakt, że małpowani wykonawcy, w których muszą się wcielać, są losowani i że bardzo często facet musi zaśpiewać kobietę lub na odwrót, to po tym co widziałem - pełny szacun. 
Mało tego, że zaśpiewać (a śpiewają na żywo), oni muszą jeszcze poruszać się podobnie i wyglądać zarazem, żeby "twarz zabrzmiała znajomo". Z wyglądem nie zawsze wychodzi, ale trudno winić charakteryzatorów za to, że Molęda mało przypomina Seal'a, bo...  Za to Kawalec udający Riedla dostał od charakteryzatorów twarzowy pot po pachy i na klatę i ten pot mnie urzekł...



Jeszcze tylko pominę osobę Naczelnego Mongoła, którego obecność w polskiej telewizji wydaje mi się mocno dyskusyjna, ale cóż...
W każdym razie przy każdej emisji programu bawię się setnie, co zdarza mi się rzadko i najczęściej w czasie masturbacji (żartowałem).
Żeby się zbytnio nie rozwodzić, dodam, że piorunujące wrażenie zrobiła na mnie Skrzynecka jako "duet" z Bocellim (skąd u niej operowy głos?)

https://www.youtube.com/watch?v=Wdv0xzjl8ps

Włodarczyk jako Cher

https://www.youtube.com/watch?v=GA0EvmTnnB8

 no i Kuba Molęda jako disco polowy Zenek z zespołu Akcent.

https://www.youtube.com/watch?v=Inw6m_rgAn0

I jeszcze wiele, wiele innych, ale znudziło mi się linkowanie.

A teraz z ciężkim sercem muszę to napisać, choć czuję się, jakbym reklamował kreszowe dresy - oglądajcie program "Twoja twarz brzmi znajomo". Jest na... Jezu, i ja to piszę...
Na... Ekhm... Polsacie...





"Miś" jest gupi...

 czyli niedyskretny urok gumofilców...





W poprzednim "odcinku" obiecałem, że zajmę się filmami Barei, dlatego dziś liznę temat i skupię się na najbardziej ukochanym przez społeczeństwo "Misiu".
Spokojnie, tym razem będzie krótko :)

Na wstępie napiszę, że nie jestem jakimś wyjątkowym smakoszem filmu rajcującym się wyłącznie Almodovarem czy braćmi Coen. Owszem, czasem mam chęć na bardziej wykwintne dania, ale bywa, że mam ochotę na wiejską kaszankę czy bigos. I taką kaszanką, w dodatku owiniętą w gazetę są dla mnie komedie Stanisława Barei. Tak się utarło, że pisząc "komedie Stanisława Barei" powinienem dodać "kultowe",
Kiedy po raz n-ty do mych uszu dobiegł głos jakiegoś spikera informującego, że zaprasza mnie na kultową komedię "Miś", poczułem irytację. Faktem jest, że w czasach w których żyjemy nietrudno o "kultowość". Zresztą, kultowość jest już passe. Zastąpiła ją epickość i wylansowana przez pana_z_czerwonymi_włosami zajebistość. Epickie bywają majtki, fryz, czy choćby uliczne zapiekanki. Chyba każdy z nas otarł się o epickość.

Wtedy właśnie pomyślałem, że tak naprawdę te komedie są zwyczajnie debilne. I że oglądając je, ma się wrażenie że powstały bez scenariusza. A jeśli był jakiś scenariusz, napisała je niekoniecznie sprawna intelektualnie sprzątaczka dorabiająca sobie pisaniem scenariuszy dla śp. Barei.
Bo czym tak naprawdę jest film "Miś" i skąd taka jego popularność?
Przecież to przede wszystkim zlepek niespecjalnie wyrafinowanych gagów powstałych z udziałem popularnych w owym czasie aktorów. Knajacki dowcip o lekkości i zwiewności radzieckiej wywrotki marki "Ził", prosty jak sylwestrowe kreacje śp. Himilsbacha i przaśny jak twarz Bożeny Dykiel z filmu "Ziemia obiecana". 


Owszem, "Miś" zmusza nieraz do śmiechu, ale jest to śmiech w stylu niemieckim, kiedy na przyjęciu jeden z gości nieoczekiwanie głośno pierdnie, a reszta gości tarza się z tego powodu ze śmiechu. 
"Miś" ma w sobie zawoalowane (cenzura i te sprawy) aluzje polityczne i  puszcza oko dla ówczesnych domowo-papciowych krytyków systemu, które to aluzje dziś są tylko mocno przykurzonymi eksponatami muzealnymi. 
Skłamałbym gdybym napisał, że wymiotuję na widok "Misia". Z niezrozumiałych dla mnie powodów zdarza mi się oglądać niektóre, znane już na pamięć sceny, i wraz z aktorami powtarzać wbite głęboko pod czaszkę cytaty.
Może oglądany po raz setny "Miś" wyprał mi mózg? Wywołuje uzależnienia? Może zadziałała moja słabość do Tyma? Być może, ale zdania o "Misiu" nie zmienię i powtórzę raz jeszcze - to fatalny film pod każdym niemal względem. 
W każdym razie z roku na rok odczuwam coraz większy dyskomfort oglądając gagi zgrane do cna. Doszło do tego, że większość społeczeństwa lepiej zna treść "Misia", niż treść naszego hymnu państwowego czy "Zdrowaś Mario".

Tuszę, że popularność tego filmu występuje wśród społeczeństwa, które kładły się spać po obejrzeniu "Jacka i Agatki" lub "Bolka i Lolka" i żuła kostki Maggi zamiast batonów Mars, bo nie wyobrażam sobie, żeby "Miś" mógł bawić widownię wychowaną na "South Parku" lub "Johnny Bravo". Dla nich socjalistyczna i mocno przekontrastowana rzeczywistość podana w przaśno-knajackim sosie jest chyba abstrakcją. 

Wbrew temu co niektórzy mogą pomyśleć, uwielbiam dowcip pure nonsensowy. Lubię komedie spółki Abraham&Zucker&Zucker



...no i Monty Pythona, których pozorna głupkowatość podszyta jest intelektem, swoistym jadem i ironią, a wszystko to podane z polewą o smaku waniliowym...



...ale czy nas Polaków, tych w słusznym wieku nadal najchętniej bawią czapki uszanki, flaszki i gumofilce? Może oglądając "Misia" katapultujemy się do czasów młodości i więcej w "Misiu" dziwnego sentymentu do paradoksów komuny, niż porządnej, dobrej rozrywki?
I na tym kończę łojenie kultowej komedii. Miłego dnia :)






Współczesne polskie kino, czyli - ja pierdzielę...


albo...


Faktem jest, że z racji swojego wieku tkwię mentalnie w czasach mocno minionych. Wychowany na nieśmiertelnych i pewnie znienawidzonych przez współczesną młodzież propagandowych "Czterech pancernych", całkiem zgrabnej "Wojnie domowej", oraz ostro podnoszącej adrenalinę "Stawce większej niż życie", miałem pewien wyklarowany obraz tego, "na czym polega" film i gra aktorska.


Mijały lata, pod pachami wyrastały mi włosy, a moje aspiracje ewoluowały w stronę bardziej ambitnych produkcji.


Moi rodzice jarali się wiecznie znerwicowanym Zbyszkiem Cybulskim, który był tak popularny, że gdyby nie to, iż wpadł był pod pociąg w roku 1967 -  z pewnością zagrałby Kmicica w okularach...
Ja w tamtym okresie z niezrozumiałych dla mnie do dziś powodów, z własnej, nieprzymuszonej woli i za własne, ciężko wydobyte od rodziców kieszonkowe chodziłem do kina i onanizowałem się filmami Viscontiego, Felliniego czy Bunuela.
Można by pomyśleć, że próbuję kreować się na znawcę filmu i szpanera, ale prawda (niestety) wydaje się być bardziej prozaiczna. Po prostu, w tamtych czasach nic innego w kinach nie wyświetlano. Komercyjne hollywoodzkie produkcje typu Superman zbytnio gloryfikowałyby amerykański styl życia, a kino włoskie czy hiszpańskie było dla władz bezpieczne, bo dyskretnie lewicujące. Pozostawało jeszcze kino radzieckie, które charakteryzowało się przeważnie kanonadą haubic, wyciem "Katiusz" i okrzykami "Urrrraaaa!", które dawało się słyszeć już przy samej kasie biletowej. Zresztą, filmy radzieckie były w zasadzie bezpłatne i obowiązkowe. A jak powszechnie wiadomo, kiedy coś jest za darmo i w dodatku obowiązkowe, to się tego zbytnio nie szanuje.

Lata siedemdziesiąte były dla mnie złotym okresem nie tylko w kinie ale i muzyce. W tamtym czasie na bilety do kina wydawałem więcej niż na dropsy i landrynki. Wystarczy wspomnieć, że w tamtym czasie przez ekrany przelatywały tytuły takie jak "Trzy dni kondora", "Francuski łącznik", "Gwiezdne wojny" czy "Tylko dla orłów" i... ci co nie golą klat i noszą siwe brody wiedzą o czym piszę...

Polskie kino nie pozostawało w tyle, a film "Ziemia obiecana" do dziś jest dla mnie perłą kinematografii i to światowego formatu.
Pomijając okres Zanussiego i jego "kina moralnego niepokoju", które niezmiennie kojarzy mi się z wiecznie kwaśno-cyniczną miną  Zapasiewicza  i  Komorowską, z jej nosowo-polipowym głosem usypiającym konie i dramatyzmem żółwia który nażarł się melisy. Ogólnie rzecz biorąc, mimo że filmy Zanussiego uchodzą za ważne, poruszające problemy polskich intelektualistów, uważam że powinny być wyświetlane dzieciom ze zdiagnozowanym ADHD.

W tym czasie objawił mi się także Jerzy Stuhr, który w "Wodzireju" i "Amatorze" dał popis gry aktorskiej i efektownym wślizgiem dołączył do elity aktorskiej polskiego filmu.
Lata osiemdziesiąte, to chyba czas, kiedy po raz ostatni oglądałem z przyjemnością polskie filmy przed udaniem się na tułaczkę. Nie było tego zbyt wiele. Ot, choćby do znudzenia przypominana już "Seksmisja",czy "Vabank", a wszystko spod ręki jednego, brylującego wtedy młodego Machulskiego.

A kiedy powróciłem zastałem NOWE...
Polska weszła w okres kapitalizmu i polskie kino stało się "amerykańskie". To znaczy, "amerykańskie inaczej".  Dokładnie było to coś na kształt czeskich filmów gangsterskich. Z daleka było widać, że bardzo, ale to bardzo chcieliśmy być Amerykanami...


Wtedy to poznałem odmienionego Bogusława Lindę i Młode Wilki epatujące nieskazitelnym pięknem, bogactwem i luzem, jakiego pozazdrościć mogłyby prezerwatywy dla Chińczyków.
Kiedy okres strzelania kapiszonami i samochodowych pościgów minął, pojawiły się nowe twarze doskonale znane młodszej widowni, ale dla mnie zupełnie nowe. I dziwne.
Najpierw zwróciłem uwagę na niewielkiego człowieka o twarzy wypłowiałego, niewyspanego i  rozczochranego plemnika. Twarz ta pojawiała się często i wszędzie.



Dowiedziałem się wtedy, że to nowe odkrycie i wiodąca twarz polskiego filmu i że ma na imię Borys. Potem obejrzałem z nim dwa filmy. Jeden całkiem dobrze zagrany, a drugi straszny...


Następnie odkryłem, że ogromnym sukcesem cieszy się amant z lekkim zezem. Wada jest naprawdę niewielka, ale powoduje, że kiedy oglądam sceny z udziałem Antoniego, do końca nie wiem czy mówi do mnie, do kolegi z planu, czy do kinkietu...



Jeszcze potem zastanowiła mnie ogromna popularność sepleniącego aktora z diastemą, który pozbawiony głosu nawet śpiewa i zupełnie się tym nie przejmuje.
Patrząc na niego dochodzę do przekonania, że w dzisiejszych czasach każdy może być aktorem...


Po "skonsumowaniu" współczesnych hitów, zwłaszcza komedii romantycznych stwierdziłem, że przeciętny Polak mieszka w ogromnym apartamentowcu w centrum Warszawy, jeździ najdroższym BMW lub Jaguarem i pracuje głównie w czasie kiedy tego nie widzimy. Czasem zdarza mu się wpaść do (własnego oczywiście i w centrum stolicy oczywiście) zajebistego biura gdzie siada na zajebistym biurku i wtedy podchodzą do niego mizdrzące się do niego zajebiste "dizajnerki" z zajebistymi projektami, a on jednym rzutem oka zatwierdza te projekty albo nie. Ale najczęściej przesiaduje w modnych klubach i opycha się sushi, (bo kotlety schabowe są passe i źle komponują się z garniturami od Ermenegildo). I wszystko popija mojito...
W każdym razie, coraz częściej mam wrażenie, że scenariusze do filmów piszą upośledzone psychicznie dzieci w ramach jakiejś akcji UNICEF-u.

Niektórzy reżyserzy z braku laku ratują się adoptowaniem starych, sprawdzonych scenariuszy. Obejrzałem taką adaptację pod niezwykle oryginalnym i absolutnie fantazyjnym tytułem "Stawka większa niż śmierć" która okazała się czymś_na_kształt_parodii znanego serialu z Hansem Klossem.



Cóż... Legenda powróciła, ale w oparach śmiechu i zażenowania. I tylko żal mi było zagubionych i zdezorientowanych aktorów w osobach Mikulskiego i Karewicza, bo czułem, że grając w tym czymś, ze sceny na scenę coraz bardziej zapadali się ze wstydu pod ziemię. Niby pecunia non olet, ale oglądając starego Klossa w tym filmidle czułem, że trochę olet...
Czasem boli, kiedy idole mojej młodości z braku środków do godnego życia rozmieniają się na drobne i wcielają się w tanią wariację na temat Pana Kleksa reklamując sieć sklepów (wg. Wikipedii) z Giebni koło Pakości, ale bądźmy szczerzy... gdyby Leonardo di Caprio urodził się i żył w Polsce, żeby przeżyć, na starość reklamowałby pewnie narty z Biedronki...


Nie wiem czym kierują się reżyserzy podejmując się realizacji przedziwnych projektów, które w ich zamyśle mają być superprodukcjami na miarę Hollywood. Wystarczy mierzyć zamiary na siły i zastanowić się, dlaczego na przykład Norwegowie czy Węgrzy nie kręcą kolejnych części Godzilli czy Iron Mana.

Kiedy byłem prawie pewien, że polskie kino niczym ciekawym mnie nie zaskoczy, i że do końca życia skazany będę na oglądanie zagranicznych filmów, za namową mojej Muzy i nie bez oporów, rzutem na taśmę i po raz ostatni, podjąłem próbę obejrzenia czegoś, co miało zmienić mój pogląd na współczesną krajową produkcję. A to coś nakręcił pan o miłej aparycji, bez kolczyka w uchu i tatuażu na karku -  Wojtek Smarzowski.


Obejrzałem dokładnie wszystko, co zdołał nakręcić. Niektóre pozycje po kilka razy. I pokochałem. Nie tylko za filmy. Ten facet idealnie wpasował się w moje oczekiwania. Nie mizdrzy się do widza, nie wchodzi mu do dupy. Pokazuje życie swoim okiem i to tak, że aż oczy czasem pieką. Kocham go także za to, że oglądając jego filmy nie muszę brandzlować się tą irytującą mnie "elitą" gwiazdeczek, która dostaje migreny, kiedy ich zdjęcie nie ukaże się w "Fakcie", lub przez nieuwagę nie zaproszą ich do zasranego "Tańca z...", choćby w charakterze jurora.
Smarzowski wprowadził do kina swoich ulubionych aktorów. Często mało "używanych".


Tak się złożyło, że jego wybór idealnie pokrywa się z moimi preferencjami. Aktorzy Smarzowskiego nie muszą być za wszelką cenę piękni, choć wielu z nich takimi jest.


 Ot, choćby Dorociński, który oprócz urody posiada zajebisty potencjał aktorski, mądrze dobiera role, nie rozmienia się na drobne i jak dotąd nie zobaczyłem go w reklamie "Biedronki"...


...czy Bartek Topa, którego uroda może być uznana za dyskusyjną i na zdjęciach ma twarz, jakby co tydzień umierał mu kolejny chomik, ale w filmie gra koncertowo...


...albo Marian Dziędziel o twarzy wiecznie zmartwionej nutrii. Aktor którego wcześniej nie znałem, a który ma moc syberyjskiej elektrowni. Ilekroć na niego patrzę, wyobrażam sobie, że jest wzorcem ojca, który wraca do domu z wywiadówki...
Smarzowski stworzył sobie zespół, który jest dowodem na to, że mimo ton mułu i nawozu jaki nanieśli "młodzi, zdolni i trendy", można znaleźć kilka sztabek złota. Mam tylko nadzieję, że nie przyjdzie Smarzowskiemu do głowy chęć zatrudnienia Szyca czy innego Karolaka.
Podsumowując - jest nadzieja, tylko trzeba wierzyć - jak ciągle powtarza mój znajomy satanista. Trzeba wierzyć...

Post scriptum
Komedie Barei celowo pominąłem, bo ich popularność i łatka kultowości zasługują na dłuższą analizę...



"Zgnilizna" oficjalnie już w sprzedaży...

  Cóż więcej mogę dodać? Może to, że jest dostępna w każdej księgarni, a także to, że mój wydawca zatroszczył się także o wydanie jej w form...

Najchętniej czytane